niedziela, 30 września 2018

Nie pamiętam jak się bloga pisze :D

Nie pamiętam jak się pisze bloga - to właściwie by było na tyle. Nie było mnie tutaj tak dawno, że sama jestem w szoku, że wlazłam, że trafiłam i że w ogóle....  :)

Administratorzy przysyłali mi już informacje, że będa jakieś zmiany, czy też nawet likwidacja, a tu, proszszsz: okazuje się, że blog nadal działa. Położyłam na nim laskę, bo zalatana jestem i nie mam się nawet kiedy w tyłek podrapać, ale gdy dziś tu weszłam i poczytałam, to żal mi się zrobiło, że tak wiekopomne dzieło miałoby zdechnąć śmercią naturalną przez zaniechanie właścicielki-piszpanny (no, może z tą panną to troche przesadziłam :D)
Niewiele treści tu dotychczas napłodziłam, ale dziś z przyjemnością odświeżyłam sobie te wspomnienia sprzed kilku lat. Tak mi się ciepło w środku zrobiło, gdy poczytałam o moich, jakże małych kilka lat temu, dzieciach. Dziś to już stare baby: obydwie nastolatki (Mała świeżo upieczona). 3 lata temu do naszej 4-osobowej bandy dołączyła jeszcze suczka - jak twierdzi mój mąż - chyba po to, żeby jeszcze bardziej podkreślić babską dominację w domu. 
Sporo się pozmieniało, a ja wciąż taka piękna i młoda. :D I tym optymistycznym akcĘtem zakończę dzisiejszy blogowy come back i mam nadzieję, że także start w blogową przyszłość. (Piszę "mam nadzieję", bo nigdy nie wiadomo jak długo wytrwam w postanowieniu. :D )



piątek, 13 grudnia 2013

Hello! Znowu jezdem! :)

Troszkę mnie tu nie było i dziś wpadłam w panikę nie mogąc znajeźć swojego bloga. Ju,ż sobie pomyślałam, że Google mnie "wygooglowało" i ju nie będę miała gdzie pisać! Ale się wkurrrwiłam! Całe szczęście, że krew zalała mnie tylko na moment, bo jednak perełka sie znalazła. :)

Dużo się działo przez tych kilka miesięcy. Nie chce mi się tu pisać całej litanii, więc powiem tylko, że mieliśmy przeprowadzkę, że tuż przed nią zamknęłam też ważny etap rozwoju osobistego :) i tak ogólnie muszę stwierdzić, że ten 2013 to był owocny w ważne wydarzenia i naprawdę całkiem fajny rok.

Tu mała dygresyjka: wpadłam na to, co napisałam powyżej, właśnie przed chwilą, gdy to pisałam. Oto do czego między innymi służą blogi - do przyjrzenia się sobie i wszystkiemu, co nas otacza czy dotyczy, z dystansem. Dzięki temu zyskujemy odpowiednią perspektywę, by móc dokonać właściwej (albo i nie) oceny sytuacji.
Jeszcze chwilę temu, spontanicznie i bez zastanowienia odpowiedziałabym, że mijający rok był "taki sobie", a już teraz  widzę to inaczej...
Ło matko, filozoficznie i egzystencjalnie się zaczyna robić, ale nie ta pora na to, bo "folozować" to lepiej wieczorkiem, a nie pomiędzy odbieraniem jednego dziecka ze szkoły a drugiego z przedszkola. :) Takie podsumowanie roki... hm... myślę, że jeszcze do tego wrócę, bo i okazja całkiem nieła, mianowicie 2013 ma się ku końcowi. Nigdy nie robiłam podsumowań i nie pisałam postanowień na kolejny rok - wszystko odbywało się płynnie, a dziś widocznie nadejszła wiekopomna... albo po prostu dobiłam do odpowiedniego wieku... - jak zwał, tak zwał, chyba faktycznie zatrzymam się przy tym dłużej i przepiorę sobie mózg. :) Może być fajnie... Ale to przy następnym wpisie. Ten pojawi się na pewno wkrótce - nie za pół roku czy 8 m-cy.

poniedziałek, 11 marca 2013

Sąsiadka

Zainspirowana komentarzem od Grzesznej, który dostałam na maila, postanowiłam opisać dziś  sąsiadkę, która mieszkała na przeciwko moich rodziców.
Babcia S. była nie do podrobienia! 
Mówi się, że najlepszym stróżem jest zaufany sąsiad i to prawda, a babcia S. szła jeszcze dalej - standardem było, że gdy tylko jakaś "obca gęba" pojawiała się na naszej wycieraczce, zaraz skrzypiały drzwi i padało pytanie: "Pan w jakiej sprawie?".  I musiał się taki tłumaczyć! Nie daj Bóg, żeby zaczął plątać się w zeznaniach, bo zaraz zaczynała między wierszami straszyć zięciem, ze zaraz go zawoła i o coś tam zapyta - nikt z obcych jednak nie wiedział, że ów postawny i groźny zięć, robiący za rottweilera miał 1,50 m  w kapeluszu i ważył ze 40 kilo, a żeby go znaleźć, trzeba było rewizję w portkach przeprowadzać. :)

Baaa, babcia S. nie poprzestawała na przepytywaniu obcych - nas też zawsze "haltowała" w drzwiach, gdy widziała, że kroi się "grubsze" wyjście.
Mistrzostwo świata zdobyła, gdy ochrzaniła moją mamę za zaniechanie.
Rodzicielka wróciła z pracy i pocałowała klamkę - pech chciał, że zapomniała kluczy i nijak nie mogła wejść do chałupy. Pyta więc babcię S. wietrzącą cycki w oknie: "Pani S., nie widziała pani M.?" (M. to mój tata)
Babcia S. usilnie próbująca utrzymać minę pokerzysty, podczas gdy rozpierało ja szczęście, że została zapytana o tak ważną rzecz (już wtedy kobita wiedziała, że informacja to najcenniejszy towar! :D):
"A widziałam, widziałam, wsiadł na rower i pojechał - chyba wezwali go do pracy, ale tego to ja na 100% nie wiem. SAMIŚCIE SĄ PAŃSTWO SOBIE WINNI, BO JAK BYŚCIE MI MÓWILI GDZIE IDZIECIE, CZY JEDZIECIE, TO JA BYM SIĘ NIE MUSIAŁA TEGO POTEM DOMYŚLAĆ!" *
Mama zebrawszy opierdol, z podkulonym ogonem usiadła na ławeczce i karnie czekała na niesubordynowanego małżonka, który śmiał nie opowiedzieć się babci przed wyjazdem. :)

Babcia S. - sytuacja nr 2:

Jeszcze didaskalia: "uny" - córka i zięć mieszkający z babcią S. :)

Przyjechał na osiedle facet handlujący mlekiem prosto od krowy. Babcia swoim zwyczajem suszy biust na parapecie. Pan pyta: "A pani nie chce świeżego mleka?"
Babcia: "Nie panie, bo my też kupujemy takie mleko od gospodarza." 
Pan: "A po ile kupujecie?" (cena)
Babcia: "A po litrze, panie, po litrze!"
Pan: "Ale po ile płacicie?"
Babcia: "Aaa, nie wiem panie, bo to uny biorom, to i uny płacom"
Myślałam, że pierdolnę na zawał, gdy słuchałam tego dialogu. Babcia tłumaczyła, a my z ojcem tarzaliśmy się w kuchni ze śmiechu (uroki mieszkania na parterze - życie z ulicy wchodzi nam do domu - proszone lub nie - nie ma znaczenia. :) )

Takich sytuacji były dziesiątki, jeśli nie setki, ale myślę, że na dziś wystarczy. Babcia S. pewnie jeszcze wróci za jakiś czas na mojego bloga - tak na deser. :)





* Cytat jest wierny - nie sposób zapomnieć "samiście są państwo..." babci S. :)

Dziwka czy co...?

Zastanawiam się jakież to konsekwencje będzie dla mnie miało dzisiejsze spotkanie mojego małżonka z sąsiadem - bardzo sympatycznym facetem, a jednocześnie synem całkiem aktywnej, nazwijmy to, "pani lubiącej ploteczki przeróżnej maści."

Zaczęło się od tego, że pan monsz wyskoczył po kilka rzeczy do sklepu.
Ponieważ wczoraj nie zabrałam z auta wszystkich swoich rzeczy, poprosiłam, by mi je przy okazji przytargał. Wśród owych rzeczy, które dały się upchnąć w reklamówce był także ogromniasty wypchany dokumentami segregator, który nijak wcisnąć do torby się nie dał - a co! :)
Dodać tu muszę, że z racji różnych przyjemnych i mniej przyjemnych zajęć, obecnie na tapecie mam wszelkiej maści patologie społeczne, a zwłaszcza patologie seksualne. W wyżej wspomnianym segregatorze były właśnie dokumenty dotyczące tych arcyciekawych zjawisk, a segregator gabaryty miał naprawdę słuszne i grzbiet szeeeeroooki.

No i dochodzimy do meritum:
wchodzi mąż do domu ze wszystkimi tobołami i śmieje się jak dziki - sam do siebie pokwikuje. Pytam go więc z czego się tak cieszy - żebyśmy grali w lotto, to podejrzewałabym, że los nam sprawił miłą niespodziankę, a tak...?
Ten mi na to, że spotkał sąsiada i zatrzymali się na kilka słów przed klatką schodową.
Sąsiad omiótł A. spojrzeniem, które spoczęło na segregatorze i zapytał "Co, robotę do domu niesiesz?" Mąż mu na to " Niee, to Lidii", a ten popatrzył na niego dziwnym wzrokiem, mruknął coś na pożegnanie i poszedł.
A. nie wiedział o co chodzi, ale gdy po chwili, już na schodach, zerknął na segregator, wszystko zrozumiał, bo na grzbiecie tegoż czerwonymi drukowanymi wołami wykaligrafowane jest PROSTYTUCJA.
Nic dodać, nic ująć! :) :) :)

Żeby przybliżyć sylwetkę mamusi naszego sąsiada - też zresztą naszą sąsiadkę, napiszę króciutko, jak to dwie doby po urodzeniu naszej starszej córeczki mieliśmy dowieźć ją na pobranie krwi do szpitala.
Kto rodził dzieci, ten wie, że pozycja siedząca tuż po porodzie nie należy do ulubionych, a zwłaszcza w aucie.
Żeby sobie "zrobić lepiej" jeździłam na dziecięcym dmuchanym kółku do pływania - kółko było dziecięce, nieduże i kolorowe. Akurat wychodziliśmy z klatki schodowej do auta - mąż z noworodkiem w foteliku, a ja z moim kółkiem pod pachą, gdy natknęliśmy się na panią sąsiadkę. 
Za kilka dni nasi przyjaciele  pytali nas czy córeczka chodzi na zajęcia "Bąbelki pływają", bo  sąsiadka oburzona opowiadała im, że nam to już do reszty odbiło, bo dwudniowe dziecko na basen wozimy! :) :) :)

Ciekawe jakież teraz wieści do mnie dotrą na temat moich poczynań...? :) 
Wreszcie wyjdzie na jaw, że pracuję nockami... :)

czwartek, 28 lutego 2013

Mucha

Jak co roku, zanim na tym naszym biegunie północnym* zakwitną jakiekolwiek kwiaty, nadchodzącą wiosnę zwiastują pierwsze....muchy!
Można się zawieść na pogodzie, ale na muchach - nigdy! Niech no tylko wyjdzie choćby jeden ciepły promyk i przez chwilę poogrzewa ziemię, a zaraz jakaś bzycząca poczwara się pojawi. To jedyna sytuacja kiedy widok, a właściwie dźwięk muchy, nie tylko mi nie przeszkadza, ale wręcz cieszy. :)
Tak też było dziś: połowa naszego mieszkania kąpała się w pięknym przedpołudniowym słońcu i nagle zza firanki usłyszałam ...cudowne bzyczenie, żeby nie powiedzieć bzykanie... :)
Ucieszyłam się strasznie, bo te musze harce na oknie zapowiadają szybkie nadejście zielonej panienki. :)
Ktoś, kto wymyślił, że skowronek i takie tam inne duperele to zwiastuny wiosny, zapomniał chyba o muchach! :)  




* Pochodzę z centralnej Polski, a tu przeflancowałam się dobrowolnie, idąc jak po sznurku do swojego Ukochanego - Pana Menża obecnego :). Gdy wyprowadzałam się z domu rodzinnego, mój tata pokonany i zrozpaczony, że jego ukochana córunia opuszcza gniazdo,  spróbował jeszcze zawalczyć ostatnim argumentem: "Dziecko, przecież tam już nic nie ma - tylko Kaliningrad!" :) Nie dotarło - dziecię wyjechało pozostawiając za sobą jedynie smugę siwego dymu, ale od tamtej pory w naszej rodzinie ten greps "chodzi" zawsze wtedy, gdy chcemy określić totalne zadupie - nie ujmując nic Kaliningradowi, oczywiście... :) 

wtorek, 26 lutego 2013

Pokaz mody, SPA i DŻEJZBOND

Króciutko, króciuteńko:

Rzecz będzie o moich dwóch latoroślach, które od czwartku aż do dziś robiły sobie wczasy od szkoły i przedszkola z racji faktu, iż podupadły na zdrowiu, a objawiało się to "gilami" do pasa. :) 
Otóż w piątek nasze panienki obrały kierunek: moda i uroda.
Najpierw od rana bawiły się w pokazy mody. Starsza była modelką, a Mała projektantką i stylistką w jednym.
Gdy dramat rozgrywał się na scenie, matka wyżej wymienionych, ze wszystkich sił próbowała rozpaczliwie, acz bezskutecznie pospać jeszcze trochę w sypialni sąsiadującej z atalier, gdzie miał się odbywać pokaz. Średnio to wychodziło, gdyż co chwila wybuchały  drobne konflikty i trzeba się było drzeć, żeby laski na publicznej imprezie obciachu nie robiły, kłócąc się ze sobą.
Gdy już atmosfera się poprawiła, Młodsza wpadła do sypialni z pytaniem czy mogą powyciągać ciuchy z szafy i komody. 
NIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Nie ma głupich, na to nie pójdę, bo zbyt dobrze je znam! Zwłaszcza rankiem moje dzieci są wyjątkowo kreatywne, jeśli chodzi o przekształcanie mieszkania w burdel.
Skoro zabroniłam, to Mała wyskamłała tylko tyle, że mogła wziąć z szuflady kolorowe flanelki w zwierzątka.
Poleciała szczęśliwa do "przedpokazowej" garderoby z naręczem flanelek, a tu zamiast radości, słychać ryk modelki:
- Coś ty tu przyniosła?! Ja nie mam zamiaru wkładać jakichś dziecinnych kocyków na siebie! Co ja jestem, mała dzidzia?!

Na to Mała znów przygnała do mnie:
- Mamusiu, prrrrawda, że modelka na pokazie musi słuchać prrrrojektanta i stylistki?

- Prawda, jeśli podpisała kontrakt, to powinna stosować się do ich poleceń - odparłam spod kołdry.
Pognała z powrotem.
Słyszę znów zza ściany jazgot Starszej i nagle odzywa się mała:
- Chcesz mieć forrrsę z kontrrrraktu? To wkładaj te szmaty i nie dyskutuj!

O dziwo, Duża więcej się nie dyskutowała! :) :) :)

Wieczorem w łazience było SPA.
Zabawa w Spa wygląda tak, że na podłodze porozkładane są ręczniki kąpielowe, inne zrolowane, żeby było wygodnie pod głową, na pralce ustawione są w kubeczku do mycia zębów wykałaczki szaszłykowe robiące za kadzidełka, a na półce stoi rozpaprany krem Bambino ze szpatułką do aplikacji zrobioną z patyka po lodach - to pomysły moich dzieci na SPA! :)
Do tego musiałam, sterroryzowana, dać miseczkę ogórków pokrojonych w plasterki. Duża ułożyła się na ręczniku w swoim białym szlafroku (całkiem jak w SPA) i turbanie na głowie, a Mała obłożyła jej facjatę ogórkami. Zaklajstrowała jej kremem nogi aż do kolan i kazała leżeć spokojnie, gdy ona będzie robić masaż. 
Wredna matka nie pozwoliła się klientce rozebrać do masażu, bo klientka była zakatarzona, więc masażystka do dyspozycji miała tylko chude nogi tejże.

Pijemy sobie z mężem kawę w kuchni i słyszymy skowyt Dużej - najpierw myśleliśmy, że ona płacze, a tymczasem ona tak się śmiała, bo ma łaskotki.
Drugie, co usłyszeliśmy po owym skowycie, to była cierpliwa perswazja Młodszej:
- Nie bój się, dasz radę, POKONAJ TEN STRACH!  - i zamiast  puścić Dużą, bo biedna nie wytrzymywała łaskotania - tfu! masowania (!), Mała tłumaczyła jak mogła i miętosiła jej te chude patyki dalej. A my zapluliśmy stół  parskając kawą ze śmiechu. :)


Moje dzieci namówiły babcię, by ta kupiła SOBIE :))) rybkę.
Dziewczynki nazwały rybę (bo to samiec) DŻEJZBOND - pisownia i wymowa oryginalna - ma być bez spacji i przez "Z". :)


poniedziałek, 25 lutego 2013

Balonik.... :)


To moje dzisiejsze samopoczucie. :) Nie lubię nabierać wody, zarówno w usta, jak i w resztę całego człowieka. :) 



niedziela, 17 lutego 2013

Zemsta...?

Dziś mieliśmy jechać z A. do kina - pisałam o tym we wczorajszym poście. Niestety, nie przewidzieliśmy jednego drobnego szczegółu - teściowie też zaplanowali sobie rozrywkowy weekend. Przegraliśmy w przedbiegach, bo to my byliśmy w potrzebie, a nie oni. :) Nie pozostało nam nic innego jak usiąść na tyłkach zamiast wzruszać się na "Nieulotnych". :)

Kto siedział, to siedział... Dziś moja kochana rodzinka przegięła pałę albo jak kto woli: gumka napięła się i pękła - dostały w nos 3 osoby:
Mąż, który nie był zbyt zadowolony, że zaburzyłam mu jego precyzyjny sobotni plan próbując go ze słodkim uśmiechem wykopać z dziećmi na spacer i owe dzieci, które potrzebują czasem dziesięciokrotnego (no, może o 6 się pomyliłam :D) powtórzenia, by spełnić prośbę, którą artykułuje matka. Krócej rzecz ujmując wkurwili mnie!  "Póójdę, ale mogłaś powiedzieć mi o tym wcześniej, nie lubię gdy w taki sposób organizujesz mi czas" - kurde, nie kazałam iść natychmiast! Kiedy miałam uprzedzać - nad ranem???

Mąż był ciężko zdziwiony, że to jednak nie on pójdzie na rzeczony spacer, bo mam w nosie jego łaskę. Zrobił wielkie oczy, gdy zobaczył mnie ubraną do wyjścia : "To ja nie idę? Mogłaś mi o tym powiedzieć wcześniej..." - Kurrrwa, zaciął się czy co???! Może to wpływ pogody, bo nigdy wcześniej tak nie miał, a może to mnie się dziś postrzeganie mieniło??? Może mam jak koleżanka mojej mamy, która po 20 latach małżeństwa z zaskoczeniem stwierdziła, że jej mąż to nie wysoki niebieskooki brunet, lecz rudy łysawy gość 150 cm w kapeluszu i w dodatku pękaty. :) :) :)
Potem pan mąż skakał na dwóch łapkach i zalotnie zaglądał mi w oczy, ale, mimo, że nienawidzę się gniewać i tak naprawdę nie umiem, to jednak spływały po mnie jego umizgi - nadal trzymała mnie złość za tę "organizację czasu".

Panienki też głupio się uśmiechały patrząc mi w oczy i tarzając się w majtkach i koszulkach podczas gdy ja stałam w pełnym umundurowaniu przy drzwiach. No i przesadzili! Wyszłam sobie sama. Rzuciłam tylko, że jeszcze nie wiem gdzie idę i kiedy wrócę.
Wsiadłam do auta i pojechałam sobie do stolicy naszego pięknego województwa. Jechałam i improwizowałam. Przyjaciółka, którą chciałam wyciągnąć na ploty akurat dziś miała rodzinny spęd. Do drugiej, do lokalu iść nie bardzo mogłam, bo pod kurtką miałam strój pod tytułem "wyszłam tak jak stałam", więc był to "przydomowy" sweterek, który niekoniecznie nadawał się do spędzania czasu w fajnym lokalu... W ostateczności postanowiłam, że wpadnę do galerii po jakąś bluzkę i polecę do Ewki, ale okazało się, że plany szybko ewoluowały - stwierdziłam, że sama zaliczę sobie "Nieulotne". Już stałam w kolejce po bilet, już byłam czwarta, gdy stwierdziłam, że inaczej poprawię sobie humor. 
Nic specjalnego - żadne wielkie fajerwerki, jednak chyba większość kobiet od czasu do czasu je lubi - ZAKUPY. Tak, tylko zakupy i aż zakupy! Nie byłam na nich od świąt, bo przecież, idiotka, zawsze stawiam na pierwszym miejscu potrzeby wszystkich wokół, tylko nie swoje. 
W akcie zemsty kupiłam 4 torby ciuchów! Dla siebie 3 i 1 dla tych małych wrednych dziewuszek, które utrzymują, że są moje. :) 
Potem przyszła kolej na skorupy do domu - kremowe zaczątki nowej zastawy ostatecznie mnie "dosłodziły" i poczułam się na tyle silna, by wracać do gniazda.

Chyba sobie towarzystwo zrobiło zbiorowy rachunek sumienia, bo gdy przyszłam, dzieci rzuciły się z przeprosinami.  Pan mąż minę miał nietęgą i siedział ze wzrokiem wlepionym w monitor. Chyba nawet wiem dlaczego: swoim wyjściem tak skutecznie zorganizowałam mu czas, że aż zamknęli siłownię, na którą miał zamiar pójść. :) (uprzedził mnie o tym dostatecznie wcześnie, bo rano) :) :) 
NO I BARRRDZO DOBRZE!!! :D :D :D 

piątek, 15 lutego 2013

Poferyjnie, poferiowo czyli po prostu po feriach :)

Te, o których mowa w nagłówku, skończyły się już dwa tygodnie temu, a ja nie mogę nacieszyć się wolnością. Nie, nie jestem wyrodną matką, jednakże moje urocze pociechy zaczęły chorować na dwa dni przed feriami i tak ciągnęły przez półtora tygodnia. Zamiast radosnych zabaw na śniegu miały obowiązkowe kiszenie w domu, bo gorączkowały uparcie - w przeciwnym razie ciągałabym je po świeżym powietrzu, jak zwykle.
Choróbsko trwało długo, ale, alleluja!, skończyło się bez antybiotyku! To u moich dzieci rzadkość. Polecam "Olejek pichtowy" - wali toto z dzioba przez kilka godzin po zażyciu. Starsza  żaliła się "Mamuniu, czuję się jakbym zjadła naszą choinkę". :)
Niech sobie capi - wystarczy, że leczy!

Wracając do tematu wolności czy też jej braku, wiadomo jak się czuje matka, siedząca w domu z przeziębionymi dziećmi - jak pies przywiązany do kaloryfera - ba, jak kura, powiedziałabym, bo przecież jeszcze trzeba o serwis zadbać" przynieś, wynieś, pozamiataj. 
W momencie, gdy moje bździągwy wróciły na swoje "uczelnie", mogłam wreszcie wyluzować!
Mogę wyjść kiedy chcę, i gdzie chcę, mogę bardzo głośno słuchać muzyki (czego nie znosi Mała), mogę nawet skorzystać z toalety bez cichutkiego skomlenia pod drzwiami "mogę wejść tylko na momencik, bo mam ważną sprawę?" :) Moje koleżanki wiedzą, że mają koleżankę, moje auto wie, że ma swoją panią, a ja wiem, że dzięki tym kilku godzinom dziennie - żyję i jestem!  Mogę pomyśleć o dorosłych sprawach, a nie tylko o malowaniu, rysowaniu, klejeniu itd, itp. :) 

Czuję się o tak:

Zdjęcie

mniej więcej, bo ogólnie nie jestem przykuta do chałupy, ale czasami się zdarza...


Wczoraj były Walentynki - nie jestem zagorzałą ich wyznawczynią, bo nie lubię tandety, ale każda okazja do tego by komuś sprawić frajdę, jest fajna i warto ją wykorzystać. My z A. swoje dorosłe świętowanie przenieśliśmy na sobotę, ale dziewczyny udało mi się nakręcić na maksa. W wieczór poprzedzający Dzień Zakochanych zrobiłyśmy wspólnie kruche maślane ciasteczka w kształcie serduszek i dziewczyny nie mogły się doczekać następnego dnia. Rankiem z torbami wypchanymi po brzegi słodkimi Walentynkami i serduszkami z papieru dla koleżanek, panienki poszły do placówek edukacyjnych. Po odprowadzeniu dzieci mąż jeszcze pobuszował w szatniach i powkładał im do butów wielkie papierowe serca zrobione przeze mnie poprzedniego wieczoru - laski potem skręcały się z ciekawości kto im to podarował - Duża przeprowadzała śledztwo w szkole jeszcze dziś. :) 

Ponieważ 14. to był dzień powszedni, nie planowałam żadnej wielkiej celebracji - wyrośliśmy z tego - miała być jakaś fajna lekka kolacja ze specjalnym deserem dla tych co mogą wcinać słodkie lody z górą owoców, a tu ok. 17.00 dzwonek do drzwi - bez zapowiedzi na Walentynki przyszła teściowa. :D Przyniosła dla wszystkich lizaki w kształcie czerwonych serc i butelkę wina. Zadzwoniła po teścia, bo czemu on ma nie mieć tak fajnie jak my i już! :)
Bilans wizyty: kolacja przepadła, bo nie zdążyłam jej przygotować, biały dywan zalany czerwonym winem (po raz kolejny składam hołd Vanishowi za uratowanie życia), kanapa poplamiona lepkim czerwonym "sokiem" z lizaka, dzieci w łóżkach z poślizgiem. Na szczęście wszystkie "straty" równoważy, a wręcz nawet przeważa, fajna atmosfera - było miło i śmiesznie. ...plamy spierze pani Mariolka gdy przyjedzie prać dywany i kanapy. :)

Na dziś wystarczy, żebym się nie skundliła. :)






środa, 23 stycznia 2013

Pierwszy wpis w nowym roku

Późno, późno, ale lepiej późno niż później.  Stwierdziłam, że dłużej zwlekać nie wypada, bo to już zakrawa na buractwo, żeby ostatnią notką była ta z życzeniami świątecznymi.
Nie chciało mi się ostatnio pisać, bo na prawie miesiąc przed świętami miałam jazdę z załamaniem nerwowym znajomego i jak to zwykle z moim szczęściem bywa, zostałam wciągnięta w sam środek niezłego zamieszania - prawdziwej tragikomedii, która w zasadzie trwa do dziś, lecz na szczęście z mniejszym już, niż na początku natężeniem.
Gdyby ktoś tylko spisał to, co się działo i nakręcił na tej podstawie film (tylko na faktach, bez żadnych "tuningów"), Oscara chyba miałby zaklepanego - serio!

Święta były bardzo fajne, Sylwester w tym roku kameralny, lecz bardzo sympatyczny i to by było na tyle z przyjemnych rzeczy.

Tuż po Nowym Roku jak grom spadła na mnie wiadomość, o śmierci żony mojego kolegi.
Tym straszniejsze to wszystko, że dziewczyna była bardzo młoda i zaledwie pół roku wcześniej wyszła za mąż. Mieli pewnie mnóstwo planów, byli na starcie wspólnego życia i naturalne jest to, że powinni "żyć długo i szczęśliwie", a tymczasem...
Nie mogę więcej na ten temat napisać, bo jeszcze mnie to trzyma - sama  nie wiem dlaczego aż TAK -  nawet nie znałam tej dziewczyny. Znam tylko jej męża i bardzo go lubię. Może właśnie ta sympatia i to, że wiem jaki jest skryty i jak pewnie dusi wszystko w sobie, powoduje, że ta śmierć nadal mną wstrząsa; zwłaszcza, że w tym wieku nie powinno się umierać! 
Zawsze buntuję się w takich sytuacjach i zamiast szukać ukojenia, to kłócę się z Bogiem! Potem mi przechodzi, ale najpierw jesteśmy na wojnie...

Życie... czasem piękne, czasem brutalne... Cudownie jednak, gdy jest... Szkoda, że takie przypadki o wiele wyraźniej ustawiają nam priorytety  niż codzienne, duże i małe szczęścia. 



niedziela, 16 grudnia 2012

Życzenia



Wszystkim moich przyjaciołom i wiernym, cierpliwym blogowym kibicom pragnę złożyć serdeczne życzenia. Niech Wasze święta będą magiczne, cudowne i spokojne, a najlepiej takie sielskie jak na powyższym obrazku. :)

 Życzę Wam spełnienia marzeń, radości i uśmiechu - nie tylko od święta, ale każdego dnia w nadchodzącym roku. 

Przedświątecznie i nie tylko


Idą święta wielkimi krokami. Jak co roku walnęłam się w obliczeniach i jak zwykle zabrakło mi tygodnia - nie wiem jak to jest, ale każdego roku scenariusz jest podobny - początek grudnia ciągnie się dla mnie aż do połowy miesiąca, a potem, cholera, nie wiadomo skąd nadchodzą święta, AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Czasami zastanawiam się czy to nie jest jakaś skaza na umyśle :), no bo (to przypadek sprzed paru dni) jak tu wytłumaczyć fakt, że człowiek mający komputer za swoje jedyne narzędzie pracy, zapomina go do tej pracy wziąć? A jak wytłumaczyć fakt drugi, że ten sam człowiek zorientowawszy się, że komputera nie zabrał postanawia udać się po niego do domu, po czym do tego domu wchodzi, myje ręce w łazience i wychodzi na klatkę schodową BEZ KOMPUTERA? Ten człowiek to ja, a ten komputer, to mój komputer! 
W dalszej części opowieści, na człowieka wkładającego klucz do zamka spływa jednak odrobina zdrowego rozsądku lub też jak kto woli, rozstępują się tumany mgły zapomnienia i w efekcie człowiek wraca do domu po sprzęt! Alleluja! Gdyby się bowiem zdarzyło, że człowiek po umyciu rąk wielce zadowolony z wypełnienia misji zjawił się w pracy ponownie bez kompa, naraziłby siebie lub otoczenie na niemiłe konsekwencje, mianowicie: albo naraziłby się na zawał ze złości na siebie, albo na wielotygodniowy śmiech męża i szukanie blond odrostów na swojej głowie przez męża owego, albo też mogłoby to grozić zawałem męża po tym, jak natchnęłaby go myśl, że oto kilka lat temu poślubił wariatkę (Bóg jeden wie i sam mąż czy już taka myśl mu nie zaświtała, a jeśli - to ile razy… :D)
Czasem sądzę, że to ani chybi to wina pogody albo migreny, która gdy tylko ją mam, zmienia fazę z kurewskiej na pioruńską po dwóch silnych prochach. Wychodzi więc na to, że może należałoby łeb uciąć, to pomyłek w życiu mniej by się zdarzało, tylko czy otoczenie byłoby takie szczęśliwe jak teraz, gdy systematycznie przysparzam mu powodów radości…? Tego się pewnie nie dowiem, ale wolę tkwić w przeświadczeniu, że zdecydowanie NIE. 

Wracając jednak od tematu świąt, w czwartek gdy po przebudzeniu zobaczyłam piękne słońce za oknem i okropny brud na tychże oknach, trafił mnie szlag i jednocześnie spłynęła na mnie wena (czy są możliwe te dwa stany jednocześnie? :)), żeby te okna umyć. Ponieważ ta ona jedna wena, nie pojawia się zbyt często, postanowiłam skrzętnie wykorzystać jej obecność i nie zwracając uwagi na przymrozek, pielęgnować aż do ostatniego okienka. Rzuciłam się więc na szmaty, płyny i inne gałgany. Najpierw postanowiłam umyć okna tylko wewnątrz, ale natchnienie, okazało się głębsze i silniejsze niż sądziłam i  efekt jest taki, że wszystkie "patrzadła" lśnią od zewnątrz i od środka. 
Od poniedziałku niczym czołg zamierzam jechać i tępić bezlitośnie każdy kłaczek kurzu i każdą plamkę, bo mimo, że nigdy nie byłam zboczona na punkcie porządków i ścierki nie determinowały mojej egzystencji, to nie umiem poczuć się "klimatycznie i świątecznie" w niedomytych wnętrzach. Chyba w zemście za to, że wolę czytać i imprezować zamiast jeździć na szmacie, moja natura chociaż kilka razy do roku popycha mnie do szczotek i ścierek. :) 

Plany mam bardzo ambitne, bo jeszcze w tak zwanym międzyczasie (ciekawe swoją drogą co to takiego ten międzyczas? :)) przeobrażając się w Mikołaja, zaopatrzyć swój prezentowy wór po brzegi, uzupełniając braki, żeby nikt pod choinką nie miał warzonej miny.

Kolejna dygresja:
"Międzyczas" przypomniał mi moją wczorajszą rozmowę z młodszą córeczką, która oglądała reklamę Hotelu Wierchomla. Młoda myśląc, że hotel ma właściciela, zapytała mnie "kto to jest ten Wierchoml" :)
A skoro już przy jej perełkach językowych jestem, to opowiem jeszcze kilka sytuacji, tylko z ubiegłego tygodnia:
Mała napisała list do Mikołaja – uśmiałam się po pachy, bo po polsku błąd za błędem  - wielbłądy wręcz, a kurde HIGH po angielsku super napisane! Pełna nazwa lalki, którą zażyczyło sobie moje dziecko brzmiała i tu wierny cytat: Lalka MOŁSTER HIGH.

Parę dni temu Starsza zapytała tatusia co to jest kod pocztowy, na to Młodsza „Ja powiem! Ja powiem!” no i objaśniła siostrze „to taki mały kotek co rrrroznosi listy” – patrząc na to, jaka była z siebie zadowolona – mało się nie podusiliśmy ze śmiechu.
Poza tym dziecko zapytało, czy mamy jakiegoś „kolegę INDIANA, bo moglibyśmy wtedy pojechać do Amerrryki do niego w odwiedziny i zobaczyć czy mieszkają w wigwamach i nadal zabijają Polaków” :)
To nie koniec planów podróżowych, bo już następnego dnia zapytała „czy mielibyśmy ochotę pojechać z nią kiedyś do WARZYNGTONU do tego ciemnego prezydenta, co go niedawno wybrali” – nie wierzyłam własnym uszom! Te jej odstające kapluski czasem pracują podwójnie – nawet wiadomości polityczne wyłapują.
Starsza mądralina natomiast od Mikołaja chciałaby między innymi dostać Lego Friends STADLINA koni. :) Jak to miło i jednocześnie dziwnie, gdy ona przekręci jakiś wyraz, bo przecież non stop tresuje Małą, gdy ta strzeli jakiegoś babola, a to proszę - czasem się zdarzy. :)
Chyba za pomysłowość i za rozumki Mikołaj je wynagrodzi...

Jeszcze wspomnę o imprezie, na której byliśmy w ubiegły weekend.
Wybieraliśmy się do kina, gdy zadzwonił przyjaciel mojego męża i zaprosił nas do siebie, mówiąc, że ma ochotę po prostu się napić wódki. :) Ponieważ zawsze stawiamy relacje z bliskimi ponad inne przygody, zamówiliśmy taksówkę i zamiast w kinie, wylądowaliśmy w domu znajomych.
Spotkanie kameralne, jak rzadko, bo było nas tylko 4 dorosłych. Zabawa była jednak taka, że turlaliśmy się ze śmiechu. Alkoholu było sporo, a i dzień do picia jakiś wręcz genialny, bo ja z moją głową dziecka wręcz, wypiłam tyle drinków, ile jeszcze mi się nie zdarzyło - innego dnia pewnie już leżałabym pod stołem. :)
W połowie imprezy chłopaki, żeby dodać sobie energii, rozebrali się do majtek, założyli czapki i szaliki, po czym boso wybiegli na śnieg i zaczęli robić sobie ścieżkę zdrowia w ogrodzie. Latali tak dookoła domu w samych gaciach, a w domu, przez szybę dopingowały ich nasze cztery córki też oczywiście porozbierane do majtek, bo skoro tatusiowie mogą, to znaczy, że one też. :) Po powrocie sportowców, nastąpił imprezy ciąg dalszy - taka przedświąteczna zaprawa - żeby nie było, że te fragment nie ma żadnego związku ze świętami... :)   

No, chyba taką długą notką trochę się zrehabilitowałam za tę długą przerwę w pisaniu...?
Na dziś wystarczy....
CDN...




środa, 28 listopada 2012

Zbieranina

Dziś będzie wszystkiego po trochu, bo ostatnio gdy mam ochotę popisać, to mam dylemat: o czym? O wszystkim się nie da, bo czas nie pozwala. Myślę, myślę, a potem stwierdzam, że chyba napiszę jutro, gdy mi się pomysły wyklarują. Efekty są takie, jak widać albo raczej jak nie widać, bo postów brak - właścicielka bloga jak osiołek przy pełnym żłobie nie może się zdecydować, aż wreszcie daje sobie na luz... :)


Wodny pech.
Ostatnio, w ciągu miesiąca nawalają nam najprzeróżniejsze rzeczy związane z wodą: drugi raz zapchała się zmywarka i to tak porządnie (dziś drugi raz), 2 tyg. temu popsuły się (jednocześnie!) 2 baterie: w kuchni i w łazience. Okazało się, że trzeba kupić nowe. Dziś zaczął przeciekać syfon pod wanną, dzięki czemu miałam rano w łazience po kąpieli piękną kałużę, a jakiś miesiąc temu w nowym domu pękł nowiutki i podobno wysokiej jakości, wężyk pod wanną i woda zalała nam sufit w salonie - sufitowi oczywiście trzeba zrobić od nowa "kosmetykę".
Śmieję się tylko z tego, bo to niesamowity zbieg okoliczności, że nie nawala kuchenka, piekarnik, lodówka itp, tylko wszystkie urządzenia "wodne". 

Teraz prokreacja: tydzień temu urodziła mi się śliczna bratanica - cudeńko, które chciałoby się schrupać. Już się nie mogę doczekać, kiedy ją poznam w realu. 

Muszę jeszcze wspomnieć, że moja Młodsza oznajmiła mi w zeszłym tygodniu, że miała WIAGNOZĘ. Pani przedszkolanka przeprowadziła testy i dziecko wypadło doskonale - najbardziej jednak rozwaliła mnie nie sama diagnoza, lecz nazwa, jaką nadał jej Mała. :)
Dziś zapytała męża czy imię Andrzej, to ma z BIRZMOWANIA. :D Jak ja uwielbiam te "przekręty" - szkoda, że jest ich coraz mniej, a te nieliczne Starsza pedantka szybko koryguje i uczy siostrę, jak powinna mówić.

Rozrywek ciąg dalszy: Ostatnio mój mąż i jego dwaj przyjaciele zrobili sobie wypad na piwo - wrócili po 2.00 w nocy. Mój małż przysłał mi sms-a, więc się nie martwiłam, ale moje 2 koleżanki naostrzyły pazury i pokazały chłopakom co o tym myślą. W tym tygodniu idziemy na "zemstę", a chłopcy w domciu z dziećmi. :D Już się nie mogę doczekać.

Jest jeszcze jedna kwestia, ale to już chyba na kolejny post: pełnoletnie dzieci mają same decydować czy rodzice mogą mieć wgląd do ich ocen w szkole - hmm... na ten temat kłapnę cosik następnym razem.

Trochę się tego nazbierało - to tylko takie flesze - gdybym chciała opisać wszystko co ważne i w dodatku dokładnie, musiałabym w pracy ogłosić strajk, a tego mąż-szef chyba nie zniósł.

A, jeszcze jedno - mamy nowy pomysł na firmę - muszę to jeszcze rozkminić od strony logistycznej, ale chyba może być fajnie...

TERAZ TO NAPRAWDĘ KONIEC NA DZIŚ!



poniedziałek, 5 listopada 2012

Muzo Natchniuzo, przyjdź... czyli zawiewa pesymizmem...

 Nawet nie pamiętam skąd ta "muza natchniuza"  - pożyczona jeszcze chyba z dzieciństwa, ale nie wiem od kogo...?

Mniejsza o nią, a większa o to, że ostatnio brak mi nastroju do pisania. Pusto we łbie i już. Po części jest to spowodowane tym, że życie nie tyle zwolniło, ile "spowtarzalniało" maksymalnie. Zachrzan jest taki jak zwykle, tyle, ze szablon zrobił się tak nudny, że flaki z olejem to przy tym pikuś. Owszem, dostrzegam nawet w tej powtarzalności sprawy duże, głupie, śmieszne i fantastyczne (ciekawe czy kolejność jest przypadkowa, czy też podyktowana moją nie do końca uświadomioną kondycja psychiczną...? - nie będę się nad tym pochylać, a przynajmniej nie teraz - samo wylezie jak będzie trzeba, a jak nie, to i tak wylezie... :)) 
Fakt pozostaje faktem, że czuję się trochę jak robot zaprogramowany na jeden tryb - nnno, może na dwa tryby - jeden codzienny: przedszkole, szkoła, praca, lekcje i te inne ostatnio znielubione przeze mnie totalnie rzeczy ( z naciskiem na to, że nie "znienawidzone" - być może to kwestia czasu... :)), a drugi odświętny - chorobowy: leki, i full service albo jak kto woli all inclusive - niech to szlag, czyli przynieś,wynieś, pozamiataj lub też padnij-powstań! Tryb drugi od ponad dwóch tygodni funkcjonuje u mnie w przewadze do trybu pierwszego.

Ten wpis nie będzie próbą psychoanalizy i nie ma ambicji, by stać się moim katharsis - gwoli wyjaśnienia: ja też tej ambicji, by się tu oczyszczać, nie mam.
Muszę sobie co nieco poszczekać, żeby całkiem nie zgorzknieć - lepiej wylać trochę żółci, niż się w niej utopić. Nie chcę być marudą, ale takie jesienne smuteczki czasem mnie dopadają. Monotonia i zmęczenie chyba nakręcają te sprężynę, której w sobie nie lubię czuć...
Oj trzeba mi pilnie do SPA albo na najzwyklejsze w świecie ploty z koleżankami - jedno i drugie ostatnio trudno dostępne, bo żal mi zostawiać dziewczynki w środku tygodnia i A., żeby musiał sam ogarniać nasz mały świat na wszystkich jego frontach... Z drugiej jednak strony, kto ma miękkie serce, ten musi mieć twardą d...ę, a ja mam miętkie serce, ale d...pie do twardości trochę brakuje, bo niestety na trening też czasu brak, a jeśli nie brak, to żal, bo zamiast tego do załatwienia jest tyle rzeczy... Na słowa "brak czasu" mój mąż zaraz zareagowałby uwagą, że nie brak mi czasu, tylko przeznaczam go na inne sprawy (myślałby kto cholera, że dobrowolnie tak sobie bimbam i przeznaczam z radością)
Niech to szlag! 
Nie ma lekko, albo jak 3 dni temu powiedziała moja pięcioletnia córka ogrywając w chińczyka starszą siostrę: w Chinach nie ma litości! Ano, nie ma... :)
Z śmiesznych rzeczy, świeżynka z dzisiejszego wieczoru: Młodsza marudziła, że jest zmęczona, bo nie chciało jej się sprzątać zabawek, na co ja zniecierpliwiona powiedziałam: gdybyś wyniosła to auto zamiast leżeć na dywanie i jojczyć, to zyskałabyś dodatkowy czas na grę. Córka mi na to: ja nie jojczę, tylko zgłaszam skargę! :) :) :)
...
A miało być depresyjnie - tak to już jest, że smutki mieszają się z napadami dzikiego śmiechu - "taka lajfa" jak powiedziałaby moja koleżanka z Nju Jorku... :)
Może więc zamiast jojczyć tu w sieci, pójdę zrobić coś przyjemnego...

środa, 17 października 2012

Chora, "chorsza"...

Jak w tytule - dziecko siedziało tydzień w domu zasmarkane, a teraz padło na mnie, a raczej na moje gardło.
W weekend miałam się doedukowywać i brać udział w wielkim wydarzeniu kulturalnym w naszej pipidówce, jakim był pokaz filmu mojego szwagra - wiele planów i doopa! Nigdzie nie poszłam, nigdzie nie pojechałam - zaległam w domu i szczekałam niczym pies podwórkowy. 
I tak sobie choruję do dziś i gdyby nie uczucie rozbicia, mogłoby być całkiem sympatycznie. 
Czasami fajnie jest pochorować, ale tylko wtedy gdy można połączyć to z czytaniem. Jeśli zaś człowiek niczym niedźwiedź zagrzebuje się w ściółkę i przesypia większość dnia, to chyba niekoniecznie jest super.
Ponieważ niedyspozycja rzuciła mi się także na mózg, nie jestem dziś w stanie wykrzesać dziś z siebie więcej, niż to, co nabazgrałam powyżej.

sobota, 13 października 2012

Komedia pomyłek

Środa - dziwaczny, pokręcony dzień, ale szczerze przyznam, że takie lubię najbardziej, bo cokolwiek można byłoby o nich rzec, to na pewno nie to, że są nudne, a powodów do śmiechu dostarczają sto albo i więcej. :)

Zaczęło się już we wtorek, kiedy Starsza po przyjściu ze szkoły, swoim zwyczajem najpierw "odparowała" (czyt. przebrała się, pobawiła, zjadła obiad itp.), a potem zadała mi sakramentalne pytanie wróżące zawsze coś poważnego: "Mamusiu, a powiedzieć ci coś?"
No jak nie, jak tak - oczywiście, że powiedzieć! Zachęciłam więc dziecko, okrasiłam twarz wyrazem najwyższego zainteresowania, a potem współczucia i popłynęła opowieść...

Okazało się, że chłopiec siedzący przed nią, skądinąd podobno sympatyczny, lecz chyba trochę nadpobudliwy, już nie pierwszy raz bez pozwolenia grzebał w jej rzeczach - konkretnie w piórniku. Tym razem wyjął sobie z niego zakładkę do książki i bawiąc się, złamał ją. Dla wyjaśnienia dodam, że zakładka była magnetyczna z PCV i kosztowała 16 zł. Nie są to jakieś duże pieniądze, ale jak na zakładkę do książki niemałe - informacja o cenie objaśni nasze późniejsze posunięcia.
Cholera mnie wzięła - nie tyle na to, że popsuł zakładkę, bo to każdemu czasem może się zdarzyć, lecz na to, że siedmioletni, wydawać by się mogło, mądry już chłopiec, grzebie bez pytania w czyichś rzeczach! Jakby tego było mało, zakładka była nowa i z wymarzonym kotkiem i taką wielką frajdę sprawiała - szkoda tylko, że przez niecały tydzień, bo potem gnojek ją połamał.
Jak tak można? - Tym bardziej, że pani już pierwszego dnia mówiła o nietykalności każdego dziecka i jego rzeczy - wychowawczyni tak uczy dzieciaki i to jest super.

Ponieważ jestem choleryczką i to w dodatku z mocno rozwiniętym poczuciem niezależności, krew zalała mnie podwójnie i chwyciłam za telefon, żeby pogadać z mamunią gagatka.  Wkurzyło mnie to oczywiście głównie z powodu tego, że dotyczyło mojego dziecka, ale poza tym ja nie znoszę gdy ktoś "gwałci" czyjąkolwiek prywatność i zawsze wszystko mi się w środku gotuje, gdy coś podobnego ma miejsce - nawet w przypadku takiego smarkacza. Moja córka jest naprawdę bardzo koleżeńska i oddałaby ostatnią koszulę - chętnie pożyczyłaby mu zakładkę czy cokolwiek innego, gdyby o to poprosił. 
Już miałam dzwonić do jego rodziców, lecz jednak rezygnowałam, ponieważ zdaję sobie sprawę z wcześniej wymienionych moich dwóch "przymiotów", postanowiłam więc nie działać na emocjach i odczekać do następnego dnia.

O dziwo jednak, mój mąż, który zawsze mnie studzi, zareagował podobnie do mnie. Odnalazł podobną zakładkę na Allegro, wydrukował link i postanowił w środę załatwić sprawę osobiście. Mamusia gagatka jest pedagogiem szkolnym. Ważne jest to, że w jednym kompleksie jest u nas podstawówka i gimnazjum - mówiąc mężowi gdzie pracuje owa rodzicielka, nie wiedziałam, że w gimnazjum - szkoła to szkoła, nie? :)
No i tu się zaczyna pierwsza przygoda:
Pan Małż najpierw porozmawiał sobie z małym - łagodnie, acz stanowczo, że nie chce więcej słyszeć o tym, że on komukolwiek w klasie plądruje w rzeczach i bierze sobie coś bez pytania. Mały trochę się wystraszył obcego pana, który go ustawił - z przedszkola już wiemy, że takie rozmowy "prostują" krnąbrnych kolesi na wiele miesięcy - wystarczy poważna mina i obcy tata a nie "swój", by dzieciak czuł respekt i pilnował się - w tym wieku jeszcze to działa, bo za parę lat można oberwać w pysk od takiego ananasa.

Po rozmowie z chłopcem, trzeba było jeszcze załatwić kwestię konsekwencji popełnionego "przestępstwa" i w tym celu, tatuś poszkodowanej dziewczynki postanowił odnaleźć w szkole mamunię chłopca.
Odnalazł gabinet pani pedagog, władował się i powiedział pani, że ma mały problem, ponieważ jej syn zrobił to i to - opis czynu. Pani patrzyła na niego zdziwiona, a w końcu zapytała "która klasa?" "Pierwsza" odpowiedział mój rezolutny małżonek. Pani mu na to, że jej dzieci są znacznie starsze i musiał się pomylić.
Okazało się, że "nasza" mamusia pracuje w gimnazjum - w innym skrzydle budynku. Wyszło więc na to, że pan monsz nagadał się po próżnicy i chciał nie chciał będzie musiał powtórzyć tyradę na innej audiencji... Cóż - życie to nie-je-bajka, to je-bitwa więc poszedł się "bić" już do właściwego gabinetu.
Gdy wyłuszczył o co chodzi, zachwycona synkiem mamusia powiedziała, że" to dobrze, bo on taki ciekawski po mamusi". Na A. chyba w założeniu jej urok osobisty miał zadziałać piorunująco - i owszem zadziałał - jak płachta na byka, bo jak ma dzieciak być poukładany, jak matka takie występki kwituje rozanielonym uśmiechem...? Wycedził więc przez zęby, że nie on ma inne zdanie na temat prawidłowego zachowania i tego czy za takie można poczytywać plądrowanie cudzych rzeczy oraz, że niestety przy takim podejściu trzeba czasami ponosić konsekwencje. Tu dał pani wybór: link do Allegro żeby sama kupiła zakładkę lub 16 zł. Pani ze zważoną miną wyciągnęła portfel i zapłaciła za wybryk swego zachwycającego dziecka.
A. zaznaczył jej, że nie musi przepraszać, bo dzieci są dziećmi i że w całej tej przygodzie nie chodzi o samo uszkodzenie rzeczy, lecz o to, by dziecko nauczyło się co można, a czego nie. 

Miejmy nadzieję, że mały neandertalczyk zrozumie, ale najpierw zrozumieć musi mamunia - gdy minie jej zachwyt, to być może nastąpi zmiana w jego zachowaniu... być może...
Swoją drogą, to już kolejna moja z nią styczność i kolejny raz znak zapytania staje się coraz większy zamykając zdanie:
Jak rozchwiana emocjonalnie osoba może być pedagogiem szkolnym którego głównym zadaniem jest pomoc dzieciom w ich problemach - między innymi tym rozchwianym emocjonalnie

Za każdym razem gdy wyobrażę sobie scenkę, jak A. opowiada tej pierwszej pani pedagog o "okropnym" zachowaniu jej syna, to widzę jej wielkie i coraz większe oczy i tę tęskniącą za rozumem minę gdy próbuje rozumieć o czym ten facet do niej rozmawia... Śmiech mnie wtedy dopada i rżę sama do siebie. :)

Teraz ja:
o mnie będzie krótko, ale być musi, jako, że i moja osoba miała w zabawnych środowych wypadkach swój udział.
Rano, po dwóch dniach siedzenia z zakatarzoną Młodszą w domu, postanowiłam pójść do pracy, a wcześniej małą wypożyczyć babci na kilka godzin. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Dziecko potruchtało szczęśliwe na bajeczki, książeczki i inne takie, które u babci "smakują" inaczej niż w domciu, a mamusia szczęśliwa jak pies spuszczony z łańcucha pognała co koń (pod maską) wyskoczy, do pracy.
Po odbębnieniu kilku godzin, niczym kuń mojego dziadka, który bez względu na to czy dziadek kontrolował sytuację, czy nie, zawsze dowiózł go do domu znaną sobie trasą, pojechałam w znaną sobie trasę: praca - szkoła (odebrać Starszą) - przedszkole (odebrać Młodszą) - dom.
Po tym jak zapakowałam do auta Duże Dziecko, pognałam po Małe Dziecko. Zaparkowałam przed przedszkolem, zadzwoniłam domofonem z szatni, żeby panie sprowadziły Małą i czekałam czytając ogłoszenia i jadłospis na tablicy  - zastanawiałam się przy tym czy Mała jadła kluski śląskie, których nie lubi...
Zeszła pani - SAMA... Dopiero w tej sekundzie gdy ją zobaczyłam, przypomniałam sobie, ŻE MOJE MŁODSZE DZIECKO JEST U BABCI - SAMA JE TAM ZAPROWADZIŁAM!!! Więc co ja do cholery robię w tym przedszkolu???!!! 

Zaczęłam śmiać się jak wariatka, a pani ze mną, natomiast rodzice będący w szatni chyba ze mnie. :)
Wesoło się zrobiło. Pani powiedziała, że zeszła, żeby się upewnić czy ja to ja, bo myślała, że to mama innej dziewczynki, ale głos jej nie pasował, natomiast do mojego głosu nie pasowało jej to, że przecież mojego dziecka dziś nie ma w przedszkolu, więc czy to naprawdę możliwe, że po nie przyszłam?...
Otóż możliwe, możliwe - to dla mnie nie pierwszyzna - kiedyś już mi się zdarzyło zapomnieć odebrać z przedszkola Starszą i dopiero przed blokiem uświadomiłam sobie, że mam na stanie w aucie za mało dzieci - zawróciłam więc z piskiem opon i pojechałam po "braki"  - na szczęście jeszcze godzina była normalna, więc nie naraziłam dziecka na sytuację, że siedzi sama w przedszkolu, a pani chodzi od okna do drzwi...  :) 

Późno już, więc myślę, że na dziś wystarczy tej paplaniny... Odezwę się jeszcze... :)





piątek, 5 października 2012

Ach, ta woń...



Od poniedziałku się zaczęło: po przyjeździe do naszego nowego biura, które na kilka tygodni przenieśliśmy do nowego domu poczułam nieprzyjemną woń – zalatywało jakąś zgnilizną, może padliną… Pooglądałam podeszwy swoich butów myśląc, że wdepnęłam w psią niespodziankę, a nie wykrywszy na sobie źródła owego zapaszku, przestałam sobie zaprzątać tym głowę. (Na wszelki wypadek jeszcze kilka razy w ciągu dnia dyskretnie zaglądałam pod buty… J)
Po pracy, pojechałam po dziecko do przedszkola i po wyjściu z auta ze zdziwieniem odkryłam, że koło przedszkola tez to czuć… ki diabeł…?
Mąż zauważył, że smród czuć w różnych miejscach w mieście. Następnego dnia było to samo. Zaczęliśmy już podejrzewać, że albo ktoś założył w okolicy ubojnię, albo nielegalnie pozbył się jakichś odpadów. We wtorek rąbało jeszcze gorzej, ale wsadzając dziecko do auta zauważyłam, że świat bardziej śmierdzi z prawej strony samochodu. J  Przyszło mi do głowy, że może jednak nie śmierdzi w całym mieście, tylko może my smród wozimy ze sobą…?  Jak ogon za kometą, tak fetor podążał a nami po całym mieście! Doszliśmy z A. do wniosku, że na bank jakaś mysz wlazła pod nadkole i tam dokonała żywota rozsiewając przy tym nieziemski aromat, żeby potomni o niej zbyt szybko nie zapomnieli.
W czwartek teść zaprowadził nasze auto do warsztatu swojego kolegi. Wrócił niewyraźny – blady jakiś i dziwnie uśmiechnięty…  Ten dziwny uśmiech to było niedowierzanie – jak mu się wymalowało na twarzy w warsztacie, to zostało mu jeszcze na ponad godzinę, a to dlatego, że po podniesieniu auta, okazało się, że pod maską woziliśmy KOTA!!!  Wlazł pacan pod obudowę silnika – zimne wieczory, a tu ciepło biło od świeżo zaparkowanego auta, to się chciał ogrzać…  Nie chcę się wdawać w szczegóły dotyczące nowych form życia, które pojawiły się pod maską w pakiecie z tym kotem, ale Bóg mi świadkiem, że  już dwa dni nie mogę jeść,  bo mi się wszystko w trąbkę zwija – jeszcze tydzień tego obrzydzenia i będę miała luz w ciuchach…  - jedyna jaśniejsza strona tej TFU!-przygody.

Drzwi... :)


Dziś będzie śmiesznie, a dla niektórych może z lekka gorsząco, ale to potem, najpierw jednak słów kilka tak ogólnie, bo przez całe wakacje nie miałam po drodze, by się zaplątać na portal blogowy, zwłaszcza, że Onet do tego nie zachęcał zwlekając  naprawami coraz to bardziej kulejącego blogowiska…

Sporo się ostatnio u nas dzieje i powodem nie są, bynajmniej, goście, którzy przedłużyli sobie wakacyjny pobyt. :) Wręcz przeciwnie, pojechali już dawno. Były kolacyjki w ogrodzie u babci, lecz powtórki z pasztecikową przygodą uniknęliśmy. :)
  
3. września weszliśmy w nowy etap życia - starsze dziecko poszło do pierwszej klasy - skończyło się dla nas leżenie do góry wentylem po powrocie do domu. Już się nie da puścić dzieci w stertę zabawek i niech robią co chcą - teraz są lekcje, które trzeba sprawdzić, czasem pomóc, a najpierw jeszcze 15 razy się upewnić czy na 100% TYLKO TO było zadane...:)
Kręcimy się więc na co dzień na linii: dom-szkoła-przedszkole-praca-szkoła przedszkole-dom. 2 x w tygodniu do tego kieratu dodać jeszcze należy basen i kort, gdzie nasze progenitury rozwijają swoją tężyznę fizyczną i tak można zdefiniować tydzień. Na szczęście są weekendy, a i jakiś wyłom  tego szablonu czasem da się zrobić.
Tak było i kilka dni temu. Małż porozwoził narybek do instytucji edukacyjno-opiekuńczo-wychowawczych i postanowił wrócić do domu na kawę, bo w pracy nie mamy za bardzo czasu na wspólne kawki. Od łyka do łyka i postanowiliśmy zabawić się w myśl piosenki Kazika „…gdy nie ma w domu dzieci, to jesteśmy niegrzeczni…” – dodam tylko, że frazę „jedna flaszka, druga flaszka…” pominęliśmy, aczkolwiek na pewno nie był to niemy film… J
Bardzo ważna uwaga: zabawialiśmy się tak w łazience przy otwartych drzwiach, które nota bene, położone są  vis a vis drzwi wejściowych – w końcu dzieci nie było, więc po co się zamykać.
Po naszych igraszkach moje spojrzenie padło na te nieszczęsne drzwi i zamarłam – BYŁY OTWARTE!!! Nie całkiem na oścież ale uchylone mniej więcej pod kątem 45 st.
Mój zwariowany mąż czasem zamyka drzwi w pośpiechu i nie domyka ich dokładnie – efekt jest taki, że na pozór zamknięte przez niego drzwi po kilku minutach stoją otworem. Zdarzyło się to już niejednokrotnie, ale nigdy w TAKICH okolicznościach!!! J    
Z wrażenia zakręciło mi się w głowie, zwłaszcza, gdy sobie uświadomiłam, że słyszeli nas wszyscy sąsiedzi i jeszcze pani sprzątająca!!! Dostaliśmy z A. takiego ataku śmiechu, że dochodziliśmy do siebie chyba z pół godziny… J Ciekawe ile zajęło to sąsiadom…? :D

Wyjaśnienie

Posty, które wcześniej umieściłam w tym blogu to scheda z bloga, który prowadziłam na Onecie. Ponieważ Onet postanowił przerzucić wszystkie blogi w inne miejsce, postanowilam sama zadecydować gdzie chcę pisać i oto jestem...
Musę jeszcze sporo rzeczy tu ogarnąć, pozmieniać ustawienia itp... Powolutku, po kolei... mam nadzieję, że pójdzie w miarę gładko i że szybko oswoję to nowe miejsce w wirtualnym świecie...

czwartek, 4 października 2012

Blog - archiwum - sierpień 2012 r.

24 sierpnia 2012
Niech nikt sobie nie myśli, że znów przepadłam na wieki. Goście gonią gości i wykończeniówka też ma swoje prawa i wymagania, które trzeba respektować, czyli po pierwsze primo usychać ze zmartwienia nad wzornikami farb, po drugie primo planować kuchnię, po trzecie primo wygrzebywać ze śmietnika kafle żeby dobrać kolorystykę ścian... itede, ale zanudzać nikogo nie chcę więc na tym zakończę wątek budowlany. 
A'propos gości, to ostatnio mamy tak: w długi weekend zawitał mój brat ze swoją rodziną, czyli on + żona +plus dzieci sztuk prawie dwie, bo jedna na wierzchu, trzyletnia gromkim krzykiem i piskiem zaznaczająca swoją obecność tudzież odmienne od rodziców zdanie oraz druga - prawie gotowiutka :), która też lubi pokazać, że jest i nie zawsze dobrze się ma gdy mamusia np zbyt długo nie chce zmienić pozycji. :) Było fajnie, ale trochę krótko, bo 3 dni zleciały biegusiem. Wyjechali w sobotę wieczorem.
W niedzielę ok. południa przyjechali goście jednodniowi - sztuk 3, czyli statystyczna współczesna polska rodzina. - fajnie, na relaksie - sam miód - naprawdę odpoczęłam. :) 
Poniedziałek na pranie ręczników i zmianę pościeli, a we wtorek kolejni goście: szwagier z córką i może za parę dni dołączy do nich jego partnerka. Ten turnus będzie trwał tydzień - do środy. Nie chce mi się pisać o szczegółach, bo nie chcę tu psioczyć, a trochę bym musiała.
"Psiocznę" tylko jeden raz w tym jednym zdanku: otóż budowa i wakacyjny "relaks" na etacie niańki pociech swoich i pożyczonych oraz bycie synową (fajnych skądinąd teściów, ale co za dużo to niezdrowo, wrrrrr! wrrrr! wrrrr!!!) wychodzi mi ostatnimi czasy lekko bokiem i powoduje, że jeszcze trochę i zacznę gryźć - no chyba, że mocniej zadziała mój instynkt samozachowawczy i wyjadę chociaż na 2 dni, żeby poluzować szeleczki i złapać dystans. Ponieważ miało być jedno zdanie "narzekające", wyszło aż sześć linijek, ale w końcu obietnic trzeba dotrzymywać i nie będzie więcej jęków - w tym poście. :)
W piątek będę się rozrywać i fascynować Meridą w kinie, bo robimy sobie babski wypad: moje córki, bratanica męża i ja, no, może babcia na przyczepkę, ale ona do kina nie idzie - bynajmniej, nie dla tego, że tej kategorii wiekowej na seans nie wpuszczają... :D 
...A potem będzie jeszcze fajniej,  bo przecież mamy gości i trzeba się cieszyć...
:D  
Lidia_G
1 komentarz

14 sierpnia 2012
Pora odkurzyć kąty! Podobno wszystko śmiga bez zarzutu, a przynajmniej tak twierdzą niektórzy stali użytkownicy - sprawdzimy... sprawdzimy... :D
Dziś tylko z letka omiotę, a potem sukcesywnie postaram się po kawałeczku nadrabiać zaległości.
Otóż wakacje są jak pewnie wielu zdążyło zauważyć. Piękne to i straszne zarazem, bo trzeba niezłe wolty wykonywać, żaby zapewnić wakacjującemu potomstwu odpowiednią dawkę rozrywek, coby potem w przedszkolu, tudzież szkole, oczy nie tęskniły za rozumem po usłyszeniu pytania "co robiłaś latem?" :D
Dzieci wypoczywają i mamusia wypoczywa, a tatuś tylko od czasu do czasu bo "ktoś tu przecież musi nie jarać", żeby jeść było co i wyjechać było za co...
Zanim jednak zaczęły się wakacje dla mnie - znaczysie mamusi, zdarzyło się coś, o czym koniecznie muszę wspomnieć, bo jakiś czas temu niezłą aferę na ten temat tu rozkręciłam. Otóż, jak część wiernych "czytaczy" zapewne pamięta, miałam kiedyś niezłe spięcie z pewnym palantem wykładowcą - Ukraińcem z Moskwy. :) Zachował się jak zwykły cham, że już nie napiszę, że po prostu prawdziwa natura z niego wylazła (jeśli ktoś nie wie o co chodzi, szczegóły znajdzie w poście z konfliktologią w tytule). Pan postanowił postawić mi trójczynę nie czytając mojej pracy, gdyż ponieważ przez pomyłkę zszyłam ją od ostatniej strony do pierwszej. Gdy nadszedł wielki dzień wpisów, wysznurowałam pierwsza po tę tróję, bo chciałam mieć to z głowy. Wcześniej tłumaczka - moja anglistka prosiła mnie, żebym dziada jeszcze raz przeprosiła (czwarty! cha cha cha), dała mu prawidłowo złożoną pracę, a pewnie poprawi mi stopień - miałam to w... pępku, bo tak jak jej powiedziałam, olewam ocenę postawioną złośliwie zamiast określającą mój poziom merytorycznej wiedzy z przedmiotu - NIE i koniec. 
Poszłam więc po ten wpis i dziadek był ciężko zdziwiony, że nie żebrzę o więcej. Podziękowałam i usiadłam. Potem przerwał na moment wpisy i poprosił salę o pomoc, bo ani on, ani tłumaczka -Ukrainka, nie byli w stanie znaleźć idiomatycznego tłumaczenia dla pewnego rosyjskiego zwrotu, a zwrot ów był mu bardzo potrzebny do umieszczenia w polskim artykule (ojoj!). Przetłumaczyłam mu to jako jedyna i on mało z krzesła nie spadł (zdziwienia nawet nie próbował ukrywać), że po tym jego chamskim występie ja mu pomogłam - a ja to po prostu zrobiłam spontanicznie, bo może gdybym miała czas na zastanowienie, nie pomogłabym...? :)
Po tym jak wszystkim już wpisał oceny, zapytał głośno czy mogłabym na moment jeszcze do niego podejść - podeszłam. Zapytał zmieszany czy "zechciałabym odpowiedzieć na 2 pytania, bo BARDZO CHCIAŁBY :D postawić mi lepszą ocenę, bo to sobie przemyślał" - SZOK! Już miała wziąć górę moja impulsywna natura i miałam powiedzieć, że dziękuję bardzo ale nie, gdy uświadomiłam sobie, że wszyscy słuchają i że chyba jednak nie ma sensu brnąć w konflikt tylko po to by postawić na swoim - może gdyby to była rozmowa w 4 oczy....
Jedno z pytań brzmiało: jak powinni postąpić ludzie mający taki konflikt jak MY?
Odpowiedziałam, że porozmawiać gdy opadną emocje, ale najważniejsze jest by strony wierzyły wzajemnie w swoją dobrą wolę i SŁUCHAŁY co do siebie mówią. itd itp.
Pan się zaczerwienił, PRZEPROSIŁ i postawił mi bdb, więc ja jeszcze raz też przeprosiłam, życzyliśmy sobie wszystkiego dobrego... Sielanka normalnie! :D
W nosie mam tę ocenę - serio - największą wartość ma dla mnie to, że to on wyciągnął rękę, że wszystko przemyślał i chyba zrozumiał gdzie popełnił błąd. Cha cha - złamałam Ukraińca! :D ...a swoje zdanie na jego temat mam takie jak miałam...
Nie wierzyłam własnym uszom gdy mnie przeprosił - zrobiło na mnie wrażenie to, że jednak dopuszcza czasem inne racje niż swoje carskie...
Miało być króciutko, a trochę się rozciągnęło... cóż...

Co poza tym, trochę w domu, trochę na wyjeździe, trochę na budowie., bo planujemy przeprowadzkę jeszcze tej jesieni...
Jutro wstawię opis trawniczka, jaki szykuje sobie (i nam) mój małżonek... 
Póki co jednak chyba wystarczy, bo godzina duchów się zbliża, a chciałabym jeszcze trochę poczytać...
Dobrej nocy wszystkim życzę :)

Lidia_G
2 komentarze