środa, 17 października 2012

Chora, "chorsza"...

Jak w tytule - dziecko siedziało tydzień w domu zasmarkane, a teraz padło na mnie, a raczej na moje gardło.
W weekend miałam się doedukowywać i brać udział w wielkim wydarzeniu kulturalnym w naszej pipidówce, jakim był pokaz filmu mojego szwagra - wiele planów i doopa! Nigdzie nie poszłam, nigdzie nie pojechałam - zaległam w domu i szczekałam niczym pies podwórkowy. 
I tak sobie choruję do dziś i gdyby nie uczucie rozbicia, mogłoby być całkiem sympatycznie. 
Czasami fajnie jest pochorować, ale tylko wtedy gdy można połączyć to z czytaniem. Jeśli zaś człowiek niczym niedźwiedź zagrzebuje się w ściółkę i przesypia większość dnia, to chyba niekoniecznie jest super.
Ponieważ niedyspozycja rzuciła mi się także na mózg, nie jestem dziś w stanie wykrzesać dziś z siebie więcej, niż to, co nabazgrałam powyżej.

sobota, 13 października 2012

Komedia pomyłek

Środa - dziwaczny, pokręcony dzień, ale szczerze przyznam, że takie lubię najbardziej, bo cokolwiek można byłoby o nich rzec, to na pewno nie to, że są nudne, a powodów do śmiechu dostarczają sto albo i więcej. :)

Zaczęło się już we wtorek, kiedy Starsza po przyjściu ze szkoły, swoim zwyczajem najpierw "odparowała" (czyt. przebrała się, pobawiła, zjadła obiad itp.), a potem zadała mi sakramentalne pytanie wróżące zawsze coś poważnego: "Mamusiu, a powiedzieć ci coś?"
No jak nie, jak tak - oczywiście, że powiedzieć! Zachęciłam więc dziecko, okrasiłam twarz wyrazem najwyższego zainteresowania, a potem współczucia i popłynęła opowieść...

Okazało się, że chłopiec siedzący przed nią, skądinąd podobno sympatyczny, lecz chyba trochę nadpobudliwy, już nie pierwszy raz bez pozwolenia grzebał w jej rzeczach - konkretnie w piórniku. Tym razem wyjął sobie z niego zakładkę do książki i bawiąc się, złamał ją. Dla wyjaśnienia dodam, że zakładka była magnetyczna z PCV i kosztowała 16 zł. Nie są to jakieś duże pieniądze, ale jak na zakładkę do książki niemałe - informacja o cenie objaśni nasze późniejsze posunięcia.
Cholera mnie wzięła - nie tyle na to, że popsuł zakładkę, bo to każdemu czasem może się zdarzyć, lecz na to, że siedmioletni, wydawać by się mogło, mądry już chłopiec, grzebie bez pytania w czyichś rzeczach! Jakby tego było mało, zakładka była nowa i z wymarzonym kotkiem i taką wielką frajdę sprawiała - szkoda tylko, że przez niecały tydzień, bo potem gnojek ją połamał.
Jak tak można? - Tym bardziej, że pani już pierwszego dnia mówiła o nietykalności każdego dziecka i jego rzeczy - wychowawczyni tak uczy dzieciaki i to jest super.

Ponieważ jestem choleryczką i to w dodatku z mocno rozwiniętym poczuciem niezależności, krew zalała mnie podwójnie i chwyciłam za telefon, żeby pogadać z mamunią gagatka.  Wkurzyło mnie to oczywiście głównie z powodu tego, że dotyczyło mojego dziecka, ale poza tym ja nie znoszę gdy ktoś "gwałci" czyjąkolwiek prywatność i zawsze wszystko mi się w środku gotuje, gdy coś podobnego ma miejsce - nawet w przypadku takiego smarkacza. Moja córka jest naprawdę bardzo koleżeńska i oddałaby ostatnią koszulę - chętnie pożyczyłaby mu zakładkę czy cokolwiek innego, gdyby o to poprosił. 
Już miałam dzwonić do jego rodziców, lecz jednak rezygnowałam, ponieważ zdaję sobie sprawę z wcześniej wymienionych moich dwóch "przymiotów", postanowiłam więc nie działać na emocjach i odczekać do następnego dnia.

O dziwo jednak, mój mąż, który zawsze mnie studzi, zareagował podobnie do mnie. Odnalazł podobną zakładkę na Allegro, wydrukował link i postanowił w środę załatwić sprawę osobiście. Mamusia gagatka jest pedagogiem szkolnym. Ważne jest to, że w jednym kompleksie jest u nas podstawówka i gimnazjum - mówiąc mężowi gdzie pracuje owa rodzicielka, nie wiedziałam, że w gimnazjum - szkoła to szkoła, nie? :)
No i tu się zaczyna pierwsza przygoda:
Pan Małż najpierw porozmawiał sobie z małym - łagodnie, acz stanowczo, że nie chce więcej słyszeć o tym, że on komukolwiek w klasie plądruje w rzeczach i bierze sobie coś bez pytania. Mały trochę się wystraszył obcego pana, który go ustawił - z przedszkola już wiemy, że takie rozmowy "prostują" krnąbrnych kolesi na wiele miesięcy - wystarczy poważna mina i obcy tata a nie "swój", by dzieciak czuł respekt i pilnował się - w tym wieku jeszcze to działa, bo za parę lat można oberwać w pysk od takiego ananasa.

Po rozmowie z chłopcem, trzeba było jeszcze załatwić kwestię konsekwencji popełnionego "przestępstwa" i w tym celu, tatuś poszkodowanej dziewczynki postanowił odnaleźć w szkole mamunię chłopca.
Odnalazł gabinet pani pedagog, władował się i powiedział pani, że ma mały problem, ponieważ jej syn zrobił to i to - opis czynu. Pani patrzyła na niego zdziwiona, a w końcu zapytała "która klasa?" "Pierwsza" odpowiedział mój rezolutny małżonek. Pani mu na to, że jej dzieci są znacznie starsze i musiał się pomylić.
Okazało się, że "nasza" mamusia pracuje w gimnazjum - w innym skrzydle budynku. Wyszło więc na to, że pan monsz nagadał się po próżnicy i chciał nie chciał będzie musiał powtórzyć tyradę na innej audiencji... Cóż - życie to nie-je-bajka, to je-bitwa więc poszedł się "bić" już do właściwego gabinetu.
Gdy wyłuszczył o co chodzi, zachwycona synkiem mamusia powiedziała, że" to dobrze, bo on taki ciekawski po mamusi". Na A. chyba w założeniu jej urok osobisty miał zadziałać piorunująco - i owszem zadziałał - jak płachta na byka, bo jak ma dzieciak być poukładany, jak matka takie występki kwituje rozanielonym uśmiechem...? Wycedził więc przez zęby, że nie on ma inne zdanie na temat prawidłowego zachowania i tego czy za takie można poczytywać plądrowanie cudzych rzeczy oraz, że niestety przy takim podejściu trzeba czasami ponosić konsekwencje. Tu dał pani wybór: link do Allegro żeby sama kupiła zakładkę lub 16 zł. Pani ze zważoną miną wyciągnęła portfel i zapłaciła za wybryk swego zachwycającego dziecka.
A. zaznaczył jej, że nie musi przepraszać, bo dzieci są dziećmi i że w całej tej przygodzie nie chodzi o samo uszkodzenie rzeczy, lecz o to, by dziecko nauczyło się co można, a czego nie. 

Miejmy nadzieję, że mały neandertalczyk zrozumie, ale najpierw zrozumieć musi mamunia - gdy minie jej zachwyt, to być może nastąpi zmiana w jego zachowaniu... być może...
Swoją drogą, to już kolejna moja z nią styczność i kolejny raz znak zapytania staje się coraz większy zamykając zdanie:
Jak rozchwiana emocjonalnie osoba może być pedagogiem szkolnym którego głównym zadaniem jest pomoc dzieciom w ich problemach - między innymi tym rozchwianym emocjonalnie

Za każdym razem gdy wyobrażę sobie scenkę, jak A. opowiada tej pierwszej pani pedagog o "okropnym" zachowaniu jej syna, to widzę jej wielkie i coraz większe oczy i tę tęskniącą za rozumem minę gdy próbuje rozumieć o czym ten facet do niej rozmawia... Śmiech mnie wtedy dopada i rżę sama do siebie. :)

Teraz ja:
o mnie będzie krótko, ale być musi, jako, że i moja osoba miała w zabawnych środowych wypadkach swój udział.
Rano, po dwóch dniach siedzenia z zakatarzoną Młodszą w domu, postanowiłam pójść do pracy, a wcześniej małą wypożyczyć babci na kilka godzin. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Dziecko potruchtało szczęśliwe na bajeczki, książeczki i inne takie, które u babci "smakują" inaczej niż w domciu, a mamusia szczęśliwa jak pies spuszczony z łańcucha pognała co koń (pod maską) wyskoczy, do pracy.
Po odbębnieniu kilku godzin, niczym kuń mojego dziadka, który bez względu na to czy dziadek kontrolował sytuację, czy nie, zawsze dowiózł go do domu znaną sobie trasą, pojechałam w znaną sobie trasę: praca - szkoła (odebrać Starszą) - przedszkole (odebrać Młodszą) - dom.
Po tym jak zapakowałam do auta Duże Dziecko, pognałam po Małe Dziecko. Zaparkowałam przed przedszkolem, zadzwoniłam domofonem z szatni, żeby panie sprowadziły Małą i czekałam czytając ogłoszenia i jadłospis na tablicy  - zastanawiałam się przy tym czy Mała jadła kluski śląskie, których nie lubi...
Zeszła pani - SAMA... Dopiero w tej sekundzie gdy ją zobaczyłam, przypomniałam sobie, ŻE MOJE MŁODSZE DZIECKO JEST U BABCI - SAMA JE TAM ZAPROWADZIŁAM!!! Więc co ja do cholery robię w tym przedszkolu???!!! 

Zaczęłam śmiać się jak wariatka, a pani ze mną, natomiast rodzice będący w szatni chyba ze mnie. :)
Wesoło się zrobiło. Pani powiedziała, że zeszła, żeby się upewnić czy ja to ja, bo myślała, że to mama innej dziewczynki, ale głos jej nie pasował, natomiast do mojego głosu nie pasowało jej to, że przecież mojego dziecka dziś nie ma w przedszkolu, więc czy to naprawdę możliwe, że po nie przyszłam?...
Otóż możliwe, możliwe - to dla mnie nie pierwszyzna - kiedyś już mi się zdarzyło zapomnieć odebrać z przedszkola Starszą i dopiero przed blokiem uświadomiłam sobie, że mam na stanie w aucie za mało dzieci - zawróciłam więc z piskiem opon i pojechałam po "braki"  - na szczęście jeszcze godzina była normalna, więc nie naraziłam dziecka na sytuację, że siedzi sama w przedszkolu, a pani chodzi od okna do drzwi...  :) 

Późno już, więc myślę, że na dziś wystarczy tej paplaniny... Odezwę się jeszcze... :)





piątek, 5 października 2012

Ach, ta woń...



Od poniedziałku się zaczęło: po przyjeździe do naszego nowego biura, które na kilka tygodni przenieśliśmy do nowego domu poczułam nieprzyjemną woń – zalatywało jakąś zgnilizną, może padliną… Pooglądałam podeszwy swoich butów myśląc, że wdepnęłam w psią niespodziankę, a nie wykrywszy na sobie źródła owego zapaszku, przestałam sobie zaprzątać tym głowę. (Na wszelki wypadek jeszcze kilka razy w ciągu dnia dyskretnie zaglądałam pod buty… J)
Po pracy, pojechałam po dziecko do przedszkola i po wyjściu z auta ze zdziwieniem odkryłam, że koło przedszkola tez to czuć… ki diabeł…?
Mąż zauważył, że smród czuć w różnych miejscach w mieście. Następnego dnia było to samo. Zaczęliśmy już podejrzewać, że albo ktoś założył w okolicy ubojnię, albo nielegalnie pozbył się jakichś odpadów. We wtorek rąbało jeszcze gorzej, ale wsadzając dziecko do auta zauważyłam, że świat bardziej śmierdzi z prawej strony samochodu. J  Przyszło mi do głowy, że może jednak nie śmierdzi w całym mieście, tylko może my smród wozimy ze sobą…?  Jak ogon za kometą, tak fetor podążał a nami po całym mieście! Doszliśmy z A. do wniosku, że na bank jakaś mysz wlazła pod nadkole i tam dokonała żywota rozsiewając przy tym nieziemski aromat, żeby potomni o niej zbyt szybko nie zapomnieli.
W czwartek teść zaprowadził nasze auto do warsztatu swojego kolegi. Wrócił niewyraźny – blady jakiś i dziwnie uśmiechnięty…  Ten dziwny uśmiech to było niedowierzanie – jak mu się wymalowało na twarzy w warsztacie, to zostało mu jeszcze na ponad godzinę, a to dlatego, że po podniesieniu auta, okazało się, że pod maską woziliśmy KOTA!!!  Wlazł pacan pod obudowę silnika – zimne wieczory, a tu ciepło biło od świeżo zaparkowanego auta, to się chciał ogrzać…  Nie chcę się wdawać w szczegóły dotyczące nowych form życia, które pojawiły się pod maską w pakiecie z tym kotem, ale Bóg mi świadkiem, że  już dwa dni nie mogę jeść,  bo mi się wszystko w trąbkę zwija – jeszcze tydzień tego obrzydzenia i będę miała luz w ciuchach…  - jedyna jaśniejsza strona tej TFU!-przygody.

Drzwi... :)


Dziś będzie śmiesznie, a dla niektórych może z lekka gorsząco, ale to potem, najpierw jednak słów kilka tak ogólnie, bo przez całe wakacje nie miałam po drodze, by się zaplątać na portal blogowy, zwłaszcza, że Onet do tego nie zachęcał zwlekając  naprawami coraz to bardziej kulejącego blogowiska…

Sporo się ostatnio u nas dzieje i powodem nie są, bynajmniej, goście, którzy przedłużyli sobie wakacyjny pobyt. :) Wręcz przeciwnie, pojechali już dawno. Były kolacyjki w ogrodzie u babci, lecz powtórki z pasztecikową przygodą uniknęliśmy. :)
  
3. września weszliśmy w nowy etap życia - starsze dziecko poszło do pierwszej klasy - skończyło się dla nas leżenie do góry wentylem po powrocie do domu. Już się nie da puścić dzieci w stertę zabawek i niech robią co chcą - teraz są lekcje, które trzeba sprawdzić, czasem pomóc, a najpierw jeszcze 15 razy się upewnić czy na 100% TYLKO TO było zadane...:)
Kręcimy się więc na co dzień na linii: dom-szkoła-przedszkole-praca-szkoła przedszkole-dom. 2 x w tygodniu do tego kieratu dodać jeszcze należy basen i kort, gdzie nasze progenitury rozwijają swoją tężyznę fizyczną i tak można zdefiniować tydzień. Na szczęście są weekendy, a i jakiś wyłom  tego szablonu czasem da się zrobić.
Tak było i kilka dni temu. Małż porozwoził narybek do instytucji edukacyjno-opiekuńczo-wychowawczych i postanowił wrócić do domu na kawę, bo w pracy nie mamy za bardzo czasu na wspólne kawki. Od łyka do łyka i postanowiliśmy zabawić się w myśl piosenki Kazika „…gdy nie ma w domu dzieci, to jesteśmy niegrzeczni…” – dodam tylko, że frazę „jedna flaszka, druga flaszka…” pominęliśmy, aczkolwiek na pewno nie był to niemy film… J
Bardzo ważna uwaga: zabawialiśmy się tak w łazience przy otwartych drzwiach, które nota bene, położone są  vis a vis drzwi wejściowych – w końcu dzieci nie było, więc po co się zamykać.
Po naszych igraszkach moje spojrzenie padło na te nieszczęsne drzwi i zamarłam – BYŁY OTWARTE!!! Nie całkiem na oścież ale uchylone mniej więcej pod kątem 45 st.
Mój zwariowany mąż czasem zamyka drzwi w pośpiechu i nie domyka ich dokładnie – efekt jest taki, że na pozór zamknięte przez niego drzwi po kilku minutach stoją otworem. Zdarzyło się to już niejednokrotnie, ale nigdy w TAKICH okolicznościach!!! J    
Z wrażenia zakręciło mi się w głowie, zwłaszcza, gdy sobie uświadomiłam, że słyszeli nas wszyscy sąsiedzi i jeszcze pani sprzątająca!!! Dostaliśmy z A. takiego ataku śmiechu, że dochodziliśmy do siebie chyba z pół godziny… J Ciekawe ile zajęło to sąsiadom…? :D

Wyjaśnienie

Posty, które wcześniej umieściłam w tym blogu to scheda z bloga, który prowadziłam na Onecie. Ponieważ Onet postanowił przerzucić wszystkie blogi w inne miejsce, postanowilam sama zadecydować gdzie chcę pisać i oto jestem...
Musę jeszcze sporo rzeczy tu ogarnąć, pozmieniać ustawienia itp... Powolutku, po kolei... mam nadzieję, że pójdzie w miarę gładko i że szybko oswoję to nowe miejsce w wirtualnym świecie...

czwartek, 4 października 2012

Blog - archiwum - sierpień 2012 r.

24 sierpnia 2012
Niech nikt sobie nie myśli, że znów przepadłam na wieki. Goście gonią gości i wykończeniówka też ma swoje prawa i wymagania, które trzeba respektować, czyli po pierwsze primo usychać ze zmartwienia nad wzornikami farb, po drugie primo planować kuchnię, po trzecie primo wygrzebywać ze śmietnika kafle żeby dobrać kolorystykę ścian... itede, ale zanudzać nikogo nie chcę więc na tym zakończę wątek budowlany. 
A'propos gości, to ostatnio mamy tak: w długi weekend zawitał mój brat ze swoją rodziną, czyli on + żona +plus dzieci sztuk prawie dwie, bo jedna na wierzchu, trzyletnia gromkim krzykiem i piskiem zaznaczająca swoją obecność tudzież odmienne od rodziców zdanie oraz druga - prawie gotowiutka :), która też lubi pokazać, że jest i nie zawsze dobrze się ma gdy mamusia np zbyt długo nie chce zmienić pozycji. :) Było fajnie, ale trochę krótko, bo 3 dni zleciały biegusiem. Wyjechali w sobotę wieczorem.
W niedzielę ok. południa przyjechali goście jednodniowi - sztuk 3, czyli statystyczna współczesna polska rodzina. - fajnie, na relaksie - sam miód - naprawdę odpoczęłam. :) 
Poniedziałek na pranie ręczników i zmianę pościeli, a we wtorek kolejni goście: szwagier z córką i może za parę dni dołączy do nich jego partnerka. Ten turnus będzie trwał tydzień - do środy. Nie chce mi się pisać o szczegółach, bo nie chcę tu psioczyć, a trochę bym musiała.
"Psiocznę" tylko jeden raz w tym jednym zdanku: otóż budowa i wakacyjny "relaks" na etacie niańki pociech swoich i pożyczonych oraz bycie synową (fajnych skądinąd teściów, ale co za dużo to niezdrowo, wrrrrr! wrrrr! wrrrr!!!) wychodzi mi ostatnimi czasy lekko bokiem i powoduje, że jeszcze trochę i zacznę gryźć - no chyba, że mocniej zadziała mój instynkt samozachowawczy i wyjadę chociaż na 2 dni, żeby poluzować szeleczki i złapać dystans. Ponieważ miało być jedno zdanie "narzekające", wyszło aż sześć linijek, ale w końcu obietnic trzeba dotrzymywać i nie będzie więcej jęków - w tym poście. :)
W piątek będę się rozrywać i fascynować Meridą w kinie, bo robimy sobie babski wypad: moje córki, bratanica męża i ja, no, może babcia na przyczepkę, ale ona do kina nie idzie - bynajmniej, nie dla tego, że tej kategorii wiekowej na seans nie wpuszczają... :D 
...A potem będzie jeszcze fajniej,  bo przecież mamy gości i trzeba się cieszyć...
:D  
Lidia_G
1 komentarz

14 sierpnia 2012
Pora odkurzyć kąty! Podobno wszystko śmiga bez zarzutu, a przynajmniej tak twierdzą niektórzy stali użytkownicy - sprawdzimy... sprawdzimy... :D
Dziś tylko z letka omiotę, a potem sukcesywnie postaram się po kawałeczku nadrabiać zaległości.
Otóż wakacje są jak pewnie wielu zdążyło zauważyć. Piękne to i straszne zarazem, bo trzeba niezłe wolty wykonywać, żaby zapewnić wakacjującemu potomstwu odpowiednią dawkę rozrywek, coby potem w przedszkolu, tudzież szkole, oczy nie tęskniły za rozumem po usłyszeniu pytania "co robiłaś latem?" :D
Dzieci wypoczywają i mamusia wypoczywa, a tatuś tylko od czasu do czasu bo "ktoś tu przecież musi nie jarać", żeby jeść było co i wyjechać było za co...
Zanim jednak zaczęły się wakacje dla mnie - znaczysie mamusi, zdarzyło się coś, o czym koniecznie muszę wspomnieć, bo jakiś czas temu niezłą aferę na ten temat tu rozkręciłam. Otóż, jak część wiernych "czytaczy" zapewne pamięta, miałam kiedyś niezłe spięcie z pewnym palantem wykładowcą - Ukraińcem z Moskwy. :) Zachował się jak zwykły cham, że już nie napiszę, że po prostu prawdziwa natura z niego wylazła (jeśli ktoś nie wie o co chodzi, szczegóły znajdzie w poście z konfliktologią w tytule). Pan postanowił postawić mi trójczynę nie czytając mojej pracy, gdyż ponieważ przez pomyłkę zszyłam ją od ostatniej strony do pierwszej. Gdy nadszedł wielki dzień wpisów, wysznurowałam pierwsza po tę tróję, bo chciałam mieć to z głowy. Wcześniej tłumaczka - moja anglistka prosiła mnie, żebym dziada jeszcze raz przeprosiła (czwarty! cha cha cha), dała mu prawidłowo złożoną pracę, a pewnie poprawi mi stopień - miałam to w... pępku, bo tak jak jej powiedziałam, olewam ocenę postawioną złośliwie zamiast określającą mój poziom merytorycznej wiedzy z przedmiotu - NIE i koniec. 
Poszłam więc po ten wpis i dziadek był ciężko zdziwiony, że nie żebrzę o więcej. Podziękowałam i usiadłam. Potem przerwał na moment wpisy i poprosił salę o pomoc, bo ani on, ani tłumaczka -Ukrainka, nie byli w stanie znaleźć idiomatycznego tłumaczenia dla pewnego rosyjskiego zwrotu, a zwrot ów był mu bardzo potrzebny do umieszczenia w polskim artykule (ojoj!). Przetłumaczyłam mu to jako jedyna i on mało z krzesła nie spadł (zdziwienia nawet nie próbował ukrywać), że po tym jego chamskim występie ja mu pomogłam - a ja to po prostu zrobiłam spontanicznie, bo może gdybym miała czas na zastanowienie, nie pomogłabym...? :)
Po tym jak wszystkim już wpisał oceny, zapytał głośno czy mogłabym na moment jeszcze do niego podejść - podeszłam. Zapytał zmieszany czy "zechciałabym odpowiedzieć na 2 pytania, bo BARDZO CHCIAŁBY :D postawić mi lepszą ocenę, bo to sobie przemyślał" - SZOK! Już miała wziąć górę moja impulsywna natura i miałam powiedzieć, że dziękuję bardzo ale nie, gdy uświadomiłam sobie, że wszyscy słuchają i że chyba jednak nie ma sensu brnąć w konflikt tylko po to by postawić na swoim - może gdyby to była rozmowa w 4 oczy....
Jedno z pytań brzmiało: jak powinni postąpić ludzie mający taki konflikt jak MY?
Odpowiedziałam, że porozmawiać gdy opadną emocje, ale najważniejsze jest by strony wierzyły wzajemnie w swoją dobrą wolę i SŁUCHAŁY co do siebie mówią. itd itp.
Pan się zaczerwienił, PRZEPROSIŁ i postawił mi bdb, więc ja jeszcze raz też przeprosiłam, życzyliśmy sobie wszystkiego dobrego... Sielanka normalnie! :D
W nosie mam tę ocenę - serio - największą wartość ma dla mnie to, że to on wyciągnął rękę, że wszystko przemyślał i chyba zrozumiał gdzie popełnił błąd. Cha cha - złamałam Ukraińca! :D ...a swoje zdanie na jego temat mam takie jak miałam...
Nie wierzyłam własnym uszom gdy mnie przeprosił - zrobiło na mnie wrażenie to, że jednak dopuszcza czasem inne racje niż swoje carskie...
Miało być króciutko, a trochę się rozciągnęło... cóż...

Co poza tym, trochę w domu, trochę na wyjeździe, trochę na budowie., bo planujemy przeprowadzkę jeszcze tej jesieni...
Jutro wstawię opis trawniczka, jaki szykuje sobie (i nam) mój małżonek... 
Póki co jednak chyba wystarczy, bo godzina duchów się zbliża, a chciałabym jeszcze trochę poczytać...
Dobrej nocy wszystkim życzę :)

Lidia_G
2 komentarze

Blog - archiwum - maj 2012 r.


24 maja 2012
 
Drodzy "Onetowcy", szkoda, że przez tyle czasu nie możecie poradzić sobie z awarią. Zdejmijcie mi z bloga ten bezczelny tekst, że AWARIA NAPRAWIONA, bo to wierutne kłamstwo. Nadal są problemy z odnalezieniem bloga, bo wyskakuje komunikat, że blog nie istnieje albo nie można wstawić komentarzy i z notkami jest problem - cierpliwość ma swoje granice. Moja granica jest już tuż tuż i chyba się stąd wyprowadzę.
Jeśli faktycznie podejmę taka decyzję, to dla zainteresowanych wkleję tu link do nowego bloga.


 
Lidia_G
1 komentarz

17 maja 2012
Nie wiem czy słowo "budowlanka" lepiej pasuje do funkcji, jaka mi ostatnio przypadła w udziale od życia, czy też do budy - domu, którego dotyczy... :)
Przyjmijmy, że chodzi o jedno i o drugie. 
Odkąd moje potomstwo zwalczyło swoje ospy (bo jak tu wiadomo, każda miała własną, żeby było sprawiedliwie i terminy się nie zbiegały, coby się matczyną uwagą i troską dzieci nie musiały dzielić) i odkąd ja zwalczyłam dzielnie majówkowy najazd gości, przyszedł "piękny" czas na szaleństwo budowlane.
Gwoli wyjaśnienia, ten stan trwa u nas już od jakichś dwóch lat, ale ostatnio z racji finiszu, amok przybrał na intensywności. O ile wcześniej miał okazję jaśnieć na tle budowy niczym gwiazda zaranna na niebie, mój mąż, bo to on głównie trudził się załatwianiem rur i drutów (bo cement i bloczki to już ja :D), o tyle teraz zaszczyty zaczynają mnie przypadać. Tak mnie porwał ten szał, że nieraz w przypływie rozpaczy mam ochotę rwać włosy z głowy, gdy pojawiają się trudności i progi - finansowe przodują tej wiosny :D
Jeszcze nie odetchnę po ryciu internetu w poszukiwaniu sanitariatów i innych gównopodobnych, a już chłopaki z budowy pokrzykują: geeeebeeeeriiityyy! Baaateeerieee wannooowe z dłuuugąą wyyyleeeewkąąą! itd. itp. A te pioruńskie baterie wannowe z długa wylewką kosztują, bagatela, 3 koła, albo 11.000.... :D ...i ze złota nie są...! I tak się miotam pomiędzy atrakcyjną ceną, a jakością i tym, żeby towar był robiony przez kogoś innego, niż przez małe żółte rączki...
Ktoś mądrze powiedział, że wykończeniówka wykańcza i wiedział co mówi, bo ten etap to mordęga dla portfela i nerwów. 
Żeby nie było, że tylko jęczę, wspomnieć należy, że są i wielkie pozytywy:
pierwsze primo, to świetna szkoła życia -  można poznać swoje możliwości - ile organizm jeszcze zniesie - przysięgam, nie trzeba płacić strasznej kasy za kursy survivalowe - to hardcore sam w sobie! :D I mówię tu z ręką na sercu, że to naprawdę niezła nauka. Można się wiele o sobie samemu i o życiu nauczyć, zwłaszcza, gdy się jest starym dzieckiem trzymanym za młodu przez rodziców w cieplarnianych warunkach.
Drugie primo jest takie, że można się nieźle dowartościować jeśli chodzi o umiejętności zarabiania kasy.
My z mężem na ten przykład dwa dni temu gdy zliczyliśmy ile potrzebujemy jeszcze, żeby wykończyć dom, po chwili przerażenia i zwątpienia, zarobiliśmy w ciągu godziny ponad 30 tys.!!! Lepiej niż prezes niejednego banku, bo oni zarabiają na godzinę trochę mniej! :) :) Wyglądało to tak, że po pierwszym omdleniu z wrażenia zaczęliśmy ciąć koszty i odraczać pewne wydatki, np. schody obłożymy drewnem zza kilka miesięcy, balustrada wokół tarasu nad garażem na razie będzie najtańsza, a w przyszłym roku wymienimy... itd... Naskładało się tego trochę i 30 kafli w 60 minut mamy! :D Niestety, całej potrzebnej sumy nie da się tak zredukować, ale dobre i tyle! :D
Kolejny pozytyw to to, że człowiek dochodzi do doskonałości w umiejętności cieszenia się z drobiazgów. Pamiętam gdy z siedem lat temu patrzyłam na przyjaciół jak na kosmitów gdy podekscytowani  pokazywali nam zdjęcia, na których hasali po jakichś krzaczorach! To była ich świeżo nabyta działka budowlana. W duchu pukałam się w czoło - i żeby było jasne, nigdy nie byłam jakąś malkontentką, po prostu nie czułam TAKIEJ, a raczej TEJ radości... Rozumiałam, że tak można, ale trochę mnie to dziwiło, że aż tak. :) Parę lat później, sama niczym rącza sarenka brykałam po naszym kawałku świata - z dzikim kwikiem radości (wiem, że kwik do sarenki nie pasuje, ale co tam - powiedzmy, że byłam jak hybryda sarenkowo-prosiaczkowa :D) 
Cieszyć potrafi każdy wbity gwóźdź, każda przesunięta deska i każda garść ziemi ogrodowej, a potem byle wiecheć, który w niej urośnie zdobywa rangę cząstki Ogrodów Semiramidy... :D (a ja wtedy niby ta Semiramida -będę się przechadzać i omdlewać wśród zapachów kwietnego ziela...:D) 
Nie wspomnę tu o radości dzieci, które ubóstwiają tarzać się w piachu, ziemi i innych takich. Odkąd zrobiło się ciepło na dworze, mam non stop piaskownicę w łazience - nawet jak rozbiorę te moje małe brudasy w wannie, żeby nie napiaszczyć w mieszkaniu, to i tak drobinki piasku jeszcze gdzieś z kieszeni powypadają - pod stopami więc istna plaża, a odkurzacza to się nawet nie opłaca chować, bo bez przerwy jest w użyciu... itd....

Temat budowlany przyszedł mi dziś do głowy z tej racji, że ostatnio mi z niej nie wychodzi, a wcisnął się do bloga, bo od rana biegałam w poszukiwaniu grzejników łazienkowych i siadłam do kompa pełna wrażeń murarsko-wnętrzarskich. Oby mi się tylko udało zachować, jak do tej pory, w miarę zdrową równowagę i nie zaprzedać duszy budowlanemu diabłu, który nie przewiduje czasu na czytanie, bywanie i zabawy z dziećmi. HOWK!  hehe 
   
Lidia_G
4 komentarze

14 maja 2012
Trochę się tu zachwaściło przez czas, gdy pańskie oko, konia, a raczej bloga nie tuczyło. Jestem, jestem, tylko mi się tu wchodzić nie chciało, gdy blog znowu fikał i nie dało się nic na nim robić. Sprawdzę sobie czy już jest OK, a jeśli nie, to za namową mojego Pana Męża przeniosę manatki na jakiś inny portal blogowy, bo czemu się męczyć dla przyjemności...?
W majowy weekend byli goście, goście i jeszcze raz goście. Było fajnie, ale "zalatanie". Lubie taki kołowrotek, lecz wszystko wtedy stoi na głowie. Pozytywny jazgot i zamieszanie przez 14-16 godz. na dobę. :) Po tygodniu takiego życia jednak zaczynam rozumieć co ma na myśli babcia mojego męża mówiąc: z gości 2 radości: jak przyjeżdżają i jak wyjeżdżają" - może coś w tym jest...? :)
Czas po majówce to niezła jazda budowlana: załatwianie kibelków (nie, nie różowych w kaształcie kwiatu lotosu :D), umywalek, stelaży, wanien itp. itd. Do tego przewałki z panem, który wziął sobie bez pytania część naszej ziemi ogrodowej, którą kupiliśmy... Cała masa różnych drobiazgów i niedrobiazgów. Prace się rozkręcają - mam nadzieję, że wszystko będzie szło gładko i bez przestojów. 
Nie chce mi się wszystkiego szczegółowo opisywać, bo zbyt dużo tego. Następne wpisy będą już, mam nadzieję, ciekawsze. 

Na okrasę dzisiejszej notki, napiszę tylko jaką mam małą panią doktor nauk medycznych w domu. Moje niespełna pięcioletnie dziecko wczoraj rano przyszło do mnie i powiedziało (tu będzie wierny cytat): Mamuniu, wiesz, że  nie można skakać z wysoka? Taki pan skoczył, rozerwał sobie układ nerwowy i teraz nie chodzi, bo mu nogi nie działają". Myślałam, że nie dotrwam do końca tego wykładu z poważną miną. Gdybym się roześmiała, L. obraziłaby się na mnie, bo nienawidzi, gdy ktoś się z niej śmieje, więc nieraz strasznie musimy kryć się ze swoimi reakcjami na jej wywody, które wygłasza super poważnym tonem. Wszystko zapisałam jednak na kartce, żeby móc zacytować mężowi. Wytłumaczyłam też dziecku co to rdzeń kręgowy i powiedziałam, że ma rację z tym skakaniem - była z siebie taka dumna, jak szczeniaczek, który właśnie zrobił piękną kupkę na środku dywanu!  hehe 

Lidia_G
2 komentarze

04 maja 2012
Kurza twarz! Znowu coś jest nie tak z blogiem - nie zapisało mi postu, wywala mnie z bloga! Podobno awaria naprawiona!!! Guzik prawda - znowu coś się dzieje! Niech "onetowcy" nie piszą, że jest OK, gdy znowu nie jest!
Ciekawe czy to mi wejdzie od razu...
Lidia_G
2 komentarze
Weekendujemy się majówkowo, więc nie mam czasu na dłuższy post. Mamy gości. Gdy wszystko stanie znowu na nogach, a nie na głowie, będzie nowy post. Wydarzeń nazbierało się sporo, ale trzeba mieć trochę czasu, żeby poskładać to w jakąś blogowa notkę - zrobię to po weekendzie. :)
Lidia_G
skomentuj