
niedziela, 16 grudnia 2012
Przedświątecznie i nie tylko
Idą święta wielkimi krokami. Jak co roku walnęłam się w obliczeniach i jak zwykle zabrakło mi tygodnia - nie wiem jak to jest, ale każdego roku scenariusz jest podobny - początek grudnia ciągnie się dla mnie aż do połowy miesiąca, a potem, cholera, nie wiadomo skąd nadchodzą święta, AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Czasami zastanawiam się czy to nie jest jakaś skaza na umyśle :), no bo (to przypadek sprzed paru dni) jak tu wytłumaczyć fakt, że człowiek mający komputer za swoje jedyne narzędzie pracy, zapomina go do tej pracy wziąć? A jak wytłumaczyć fakt drugi, że ten sam człowiek zorientowawszy się, że komputera nie zabrał postanawia udać się po niego do domu, po czym do tego domu wchodzi, myje ręce w łazience i wychodzi na klatkę schodową BEZ KOMPUTERA? Ten człowiek to ja, a ten komputer, to mój komputer!
W dalszej
części opowieści, na człowieka wkładającego klucz do zamka spływa jednak
odrobina zdrowego rozsądku lub też jak kto woli, rozstępują się tumany mgły
zapomnienia i w efekcie człowiek wraca do domu po sprzęt! Alleluja! Gdyby się
bowiem zdarzyło, że człowiek po umyciu rąk wielce zadowolony z wypełnienia
misji zjawił się w pracy ponownie bez kompa, naraziłby siebie lub otoczenie na
niemiłe konsekwencje, mianowicie: albo naraziłby się na zawał ze złości na
siebie, albo na wielotygodniowy śmiech męża i szukanie blond odrostów na swojej
głowie przez męża owego, albo też mogłoby to grozić zawałem męża po tym, jak
natchnęłaby go myśl, że oto kilka lat temu poślubił wariatkę (Bóg jeden wie i
sam mąż czy już taka myśl mu nie zaświtała, a jeśli - to ile razy… :D)
Czasem sądzę, że to ani chybi to wina pogody albo migreny, która gdy tylko ją mam, zmienia fazę z kurewskiej na pioruńską po dwóch silnych prochach. Wychodzi
więc na to, że może należałoby łeb uciąć, to pomyłek w życiu mniej by się
zdarzało, tylko czy otoczenie byłoby takie szczęśliwe jak teraz, gdy
systematycznie przysparzam mu powodów radości…? Tego się pewnie nie dowiem, ale
wolę tkwić w przeświadczeniu, że zdecydowanie NIE.
Wracając jednak od tematu świąt, w czwartek gdy po przebudzeniu zobaczyłam piękne słońce za oknem i okropny brud na tychże oknach, trafił mnie szlag i jednocześnie spłynęła na mnie wena (czy są możliwe te dwa stany jednocześnie? :)), żeby te okna umyć. Ponieważ ta ona jedna wena, nie pojawia się zbyt często, postanowiłam skrzętnie wykorzystać jej obecność i nie zwracając uwagi na przymrozek, pielęgnować aż do ostatniego okienka. Rzuciłam się więc na szmaty, płyny i inne gałgany. Najpierw postanowiłam umyć okna tylko wewnątrz, ale natchnienie, okazało się głębsze i silniejsze niż sądziłam i efekt jest taki, że wszystkie "patrzadła" lśnią od zewnątrz i od środka.
Od poniedziałku niczym czołg zamierzam jechać i tępić bezlitośnie każdy kłaczek kurzu i każdą plamkę, bo mimo, że nigdy nie byłam zboczona na punkcie porządków i ścierki nie determinowały mojej egzystencji, to nie umiem poczuć się "klimatycznie i świątecznie" w niedomytych wnętrzach. Chyba w zemście za to, że wolę czytać i imprezować zamiast jeździć na szmacie, moja natura chociaż kilka razy do roku popycha mnie do szczotek i ścierek. :)
Plany mam bardzo ambitne, bo jeszcze w tak zwanym międzyczasie (ciekawe swoją drogą co to takiego ten międzyczas? :)) przeobrażając się w Mikołaja, zaopatrzyć swój prezentowy wór po brzegi, uzupełniając braki, żeby nikt pod choinką nie miał warzonej miny.
Kolejna dygresja:
"Międzyczas" przypomniał mi moją wczorajszą rozmowę z młodszą córeczką, która oglądała reklamę Hotelu Wierchomla. Młoda myśląc, że hotel ma właściciela, zapytała mnie "kto to jest ten Wierchoml" :)
A skoro już przy jej perełkach językowych jestem, to opowiem jeszcze kilka sytuacji, tylko z ubiegłego tygodnia:
Mała napisała list do Mikołaja – uśmiałam się po pachy, bo po
polsku błąd za błędem - wielbłądy wręcz, a kurde HIGH po angielsku super
napisane! Pełna nazwa lalki, którą zażyczyło sobie moje dziecko brzmiała i tu wierny cytat: Lalka MOŁSTER HIGH.
Parę dni temu Starsza zapytała tatusia co to jest kod pocztowy, na to Młodsza „Ja powiem! Ja powiem!” no i objaśniła siostrze „to taki mały kotek co
rrrroznosi listy” – patrząc na to, jaka była z siebie zadowolona – mało się
nie podusiliśmy ze śmiechu.
Poza tym dziecko zapytało,
czy mamy jakiegoś „kolegę INDIANA, bo moglibyśmy wtedy pojechać do
Amerrryki do niego w odwiedziny i zobaczyć czy mieszkają w wigwamach i nadal
zabijają Polaków” :)
To nie koniec planów podróżowych, bo już następnego dnia zapytała
„czy mielibyśmy ochotę pojechać z nią kiedyś do WARZYNGTONU do tego ciemnego
prezydenta, co go niedawno wybrali” – nie wierzyłam własnym uszom! Te jej
odstające kapluski czasem pracują podwójnie – nawet wiadomości polityczne wyłapują.
Starsza mądralina natomiast od Mikołaja chciałaby między innymi dostać Lego Friends STADLINA koni. :) Jak to miło i jednocześnie dziwnie, gdy ona przekręci jakiś wyraz, bo przecież non stop tresuje Małą, gdy ta strzeli jakiegoś babola, a to proszę - czasem się zdarzy. :)
Chyba za pomysłowość i za rozumki Mikołaj je wynagrodzi...
Jeszcze wspomnę o imprezie, na której byliśmy w ubiegły weekend.
Wybieraliśmy się do kina, gdy zadzwonił przyjaciel mojego męża i zaprosił nas do siebie, mówiąc, że ma ochotę po prostu się napić wódki. :) Ponieważ zawsze stawiamy relacje z bliskimi ponad inne przygody, zamówiliśmy taksówkę i zamiast w kinie, wylądowaliśmy w domu znajomych.
Spotkanie kameralne, jak rzadko, bo było nas tylko 4 dorosłych. Zabawa była jednak taka, że turlaliśmy się ze śmiechu. Alkoholu było sporo, a i dzień do picia jakiś wręcz genialny, bo ja z moją głową dziecka wręcz, wypiłam tyle drinków, ile jeszcze mi się nie zdarzyło - innego dnia pewnie już leżałabym pod stołem. :)
W połowie imprezy chłopaki, żeby dodać sobie energii, rozebrali się do majtek, założyli czapki i szaliki, po czym boso wybiegli na śnieg i zaczęli robić sobie ścieżkę zdrowia w ogrodzie. Latali tak dookoła domu w samych gaciach, a w domu, przez szybę dopingowały ich nasze cztery córki też oczywiście porozbierane do majtek, bo skoro tatusiowie mogą, to znaczy, że one też. :) Po powrocie sportowców, nastąpił imprezy ciąg dalszy - taka przedświąteczna zaprawa - żeby nie było, że te fragment nie ma żadnego związku ze świętami... :)
No, chyba taką długą notką trochę się zrehabilitowałam za tę długą przerwę w pisaniu...?
Na dziś wystarczy....
CDN...
środa, 28 listopada 2012
Zbieranina
Dziś będzie wszystkiego po trochu, bo ostatnio gdy mam ochotę popisać, to mam dylemat: o czym? O wszystkim się nie da, bo czas nie pozwala. Myślę, myślę, a potem stwierdzam, że chyba napiszę jutro, gdy mi się pomysły wyklarują. Efekty są takie, jak widać albo raczej jak nie widać, bo postów brak - właścicielka bloga jak osiołek przy pełnym żłobie nie może się zdecydować, aż wreszcie daje sobie na luz... :)
Wodny pech.
Ostatnio, w ciągu miesiąca nawalają nam najprzeróżniejsze rzeczy związane z wodą: drugi raz zapchała się zmywarka i to tak porządnie (dziś drugi raz), 2 tyg. temu popsuły się (jednocześnie!) 2 baterie: w kuchni i w łazience. Okazało się, że trzeba kupić nowe. Dziś zaczął przeciekać syfon pod wanną, dzięki czemu miałam rano w łazience po kąpieli piękną kałużę, a jakiś miesiąc temu w nowym domu pękł nowiutki i podobno wysokiej jakości, wężyk pod wanną i woda zalała nam sufit w salonie - sufitowi oczywiście trzeba zrobić od nowa "kosmetykę".
Śmieję się tylko z tego, bo to niesamowity zbieg okoliczności, że nie nawala kuchenka, piekarnik, lodówka itp, tylko wszystkie urządzenia "wodne".
Teraz prokreacja: tydzień temu urodziła mi się śliczna bratanica - cudeńko, które chciałoby się schrupać. Już się nie mogę doczekać, kiedy ją poznam w realu.
Muszę jeszcze wspomnieć, że moja Młodsza oznajmiła mi w zeszłym tygodniu, że miała WIAGNOZĘ. Pani przedszkolanka przeprowadziła testy i dziecko wypadło doskonale - najbardziej jednak rozwaliła mnie nie sama diagnoza, lecz nazwa, jaką nadał jej Mała. :)
Dziś zapytała męża czy imię Andrzej, to ma z BIRZMOWANIA. :D Jak ja uwielbiam te "przekręty" - szkoda, że jest ich coraz mniej, a te nieliczne Starsza pedantka szybko koryguje i uczy siostrę, jak powinna mówić.
Rozrywek ciąg dalszy: Ostatnio mój mąż i jego dwaj przyjaciele zrobili sobie wypad na piwo - wrócili po 2.00 w nocy. Mój małż przysłał mi sms-a, więc się nie martwiłam, ale moje 2 koleżanki naostrzyły pazury i pokazały chłopakom co o tym myślą. W tym tygodniu idziemy na "zemstę", a chłopcy w domciu z dziećmi. :D Już się nie mogę doczekać.
Jest jeszcze jedna kwestia, ale to już chyba na kolejny post: pełnoletnie dzieci mają same decydować czy rodzice mogą mieć wgląd do ich ocen w szkole - hmm... na ten temat kłapnę cosik następnym razem.
Trochę się tego nazbierało - to tylko takie flesze - gdybym chciała opisać wszystko co ważne i w dodatku dokładnie, musiałabym w pracy ogłosić strajk, a tego mąż-szef chyba nie zniósł.
A, jeszcze jedno - mamy nowy pomysł na firmę - muszę to jeszcze rozkminić od strony logistycznej, ale chyba może być fajnie...
TERAZ TO NAPRAWDĘ KONIEC NA DZIŚ!
poniedziałek, 5 listopada 2012
Muzo Natchniuzo, przyjdź... czyli zawiewa pesymizmem...
Nawet nie pamiętam skąd ta "muza natchniuza" - pożyczona jeszcze chyba z dzieciństwa, ale nie wiem od kogo...?
Mniejsza o nią, a większa o to, że ostatnio brak mi nastroju do pisania. Pusto we łbie i już. Po części jest to spowodowane tym, że życie nie tyle zwolniło, ile "spowtarzalniało" maksymalnie. Zachrzan jest taki jak zwykle, tyle, ze szablon zrobił się tak nudny, że flaki z olejem to przy tym pikuś. Owszem, dostrzegam nawet w tej powtarzalności sprawy duże, głupie, śmieszne i fantastyczne (ciekawe czy kolejność jest przypadkowa, czy też podyktowana moją nie do końca uświadomioną kondycja psychiczną...? - nie będę się nad tym pochylać, a przynajmniej nie teraz - samo wylezie jak będzie trzeba, a jak nie, to i tak wylezie... :))
Fakt pozostaje faktem, że czuję się trochę jak robot zaprogramowany na jeden tryb - nnno, może na dwa tryby - jeden codzienny: przedszkole, szkoła, praca, lekcje i te inne ostatnio znielubione przeze mnie totalnie rzeczy ( z naciskiem na to, że nie "znienawidzone" - być może to kwestia czasu... :)), a drugi odświętny - chorobowy: leki, i full service albo jak kto woli all inclusive - niech to szlag, czyli przynieś,wynieś, pozamiataj lub też padnij-powstań! Tryb drugi od ponad dwóch tygodni funkcjonuje u mnie w przewadze do trybu pierwszego.
Ten wpis nie będzie próbą psychoanalizy i nie ma ambicji, by stać się moim katharsis - gwoli wyjaśnienia: ja też tej ambicji, by się tu oczyszczać, nie mam.
Muszę sobie co nieco poszczekać, żeby całkiem nie zgorzknieć - lepiej wylać trochę żółci, niż się w niej utopić. Nie chcę być marudą, ale takie jesienne smuteczki czasem mnie dopadają. Monotonia i zmęczenie chyba nakręcają te sprężynę, której w sobie nie lubię czuć...
Oj trzeba mi pilnie do SPA albo na najzwyklejsze w świecie ploty z koleżankami - jedno i drugie ostatnio trudno dostępne, bo żal mi zostawiać dziewczynki w środku tygodnia i A., żeby musiał sam ogarniać nasz mały świat na wszystkich jego frontach... Z drugiej jednak strony, kto ma miękkie serce, ten musi mieć twardą d...ę, a ja mam miętkie serce, ale d...pie do twardości trochę brakuje, bo niestety na trening też czasu brak, a jeśli nie brak, to żal, bo zamiast tego do załatwienia jest tyle rzeczy... Na słowa "brak czasu" mój mąż zaraz zareagowałby uwagą, że nie brak mi czasu, tylko przeznaczam go na inne sprawy (myślałby kto cholera, że dobrowolnie tak sobie bimbam i przeznaczam z radością)
Niech to szlag!
Nie ma lekko, albo jak 3 dni temu powiedziała moja pięcioletnia córka ogrywając w chińczyka starszą siostrę: w Chinach nie ma litości! Ano, nie ma... :)
Z śmiesznych rzeczy, świeżynka z dzisiejszego wieczoru: Młodsza marudziła, że jest zmęczona, bo nie chciało jej się sprzątać zabawek, na co ja zniecierpliwiona powiedziałam: gdybyś wyniosła to auto zamiast leżeć na dywanie i jojczyć, to zyskałabyś dodatkowy czas na grę. Córka mi na to: ja nie jojczę, tylko zgłaszam skargę! :) :) :)
...
A miało być depresyjnie - tak to już jest, że smutki mieszają się z napadami dzikiego śmiechu - "taka lajfa" jak powiedziałaby moja koleżanka z Nju Jorku... :)
Może więc zamiast jojczyć tu w sieci, pójdę zrobić coś przyjemnego...
Mniejsza o nią, a większa o to, że ostatnio brak mi nastroju do pisania. Pusto we łbie i już. Po części jest to spowodowane tym, że życie nie tyle zwolniło, ile "spowtarzalniało" maksymalnie. Zachrzan jest taki jak zwykle, tyle, ze szablon zrobił się tak nudny, że flaki z olejem to przy tym pikuś. Owszem, dostrzegam nawet w tej powtarzalności sprawy duże, głupie, śmieszne i fantastyczne (ciekawe czy kolejność jest przypadkowa, czy też podyktowana moją nie do końca uświadomioną kondycja psychiczną...? - nie będę się nad tym pochylać, a przynajmniej nie teraz - samo wylezie jak będzie trzeba, a jak nie, to i tak wylezie... :))
Fakt pozostaje faktem, że czuję się trochę jak robot zaprogramowany na jeden tryb - nnno, może na dwa tryby - jeden codzienny: przedszkole, szkoła, praca, lekcje i te inne ostatnio znielubione przeze mnie totalnie rzeczy ( z naciskiem na to, że nie "znienawidzone" - być może to kwestia czasu... :)), a drugi odświętny - chorobowy: leki, i full service albo jak kto woli all inclusive - niech to szlag, czyli przynieś,wynieś, pozamiataj lub też padnij-powstań! Tryb drugi od ponad dwóch tygodni funkcjonuje u mnie w przewadze do trybu pierwszego.
Ten wpis nie będzie próbą psychoanalizy i nie ma ambicji, by stać się moim katharsis - gwoli wyjaśnienia: ja też tej ambicji, by się tu oczyszczać, nie mam.
Muszę sobie co nieco poszczekać, żeby całkiem nie zgorzknieć - lepiej wylać trochę żółci, niż się w niej utopić. Nie chcę być marudą, ale takie jesienne smuteczki czasem mnie dopadają. Monotonia i zmęczenie chyba nakręcają te sprężynę, której w sobie nie lubię czuć...
Oj trzeba mi pilnie do SPA albo na najzwyklejsze w świecie ploty z koleżankami - jedno i drugie ostatnio trudno dostępne, bo żal mi zostawiać dziewczynki w środku tygodnia i A., żeby musiał sam ogarniać nasz mały świat na wszystkich jego frontach... Z drugiej jednak strony, kto ma miękkie serce, ten musi mieć twardą d...ę, a ja mam miętkie serce, ale d...pie do twardości trochę brakuje, bo niestety na trening też czasu brak, a jeśli nie brak, to żal, bo zamiast tego do załatwienia jest tyle rzeczy... Na słowa "brak czasu" mój mąż zaraz zareagowałby uwagą, że nie brak mi czasu, tylko przeznaczam go na inne sprawy (myślałby kto cholera, że dobrowolnie tak sobie bimbam i przeznaczam z radością)
Niech to szlag!
Nie ma lekko, albo jak 3 dni temu powiedziała moja pięcioletnia córka ogrywając w chińczyka starszą siostrę: w Chinach nie ma litości! Ano, nie ma... :)
Z śmiesznych rzeczy, świeżynka z dzisiejszego wieczoru: Młodsza marudziła, że jest zmęczona, bo nie chciało jej się sprzątać zabawek, na co ja zniecierpliwiona powiedziałam: gdybyś wyniosła to auto zamiast leżeć na dywanie i jojczyć, to zyskałabyś dodatkowy czas na grę. Córka mi na to: ja nie jojczę, tylko zgłaszam skargę! :) :) :)
...
A miało być depresyjnie - tak to już jest, że smutki mieszają się z napadami dzikiego śmiechu - "taka lajfa" jak powiedziałaby moja koleżanka z Nju Jorku... :)
Może więc zamiast jojczyć tu w sieci, pójdę zrobić coś przyjemnego...
środa, 17 października 2012
Chora, "chorsza"...
Jak w tytule - dziecko siedziało tydzień w domu zasmarkane, a teraz padło na mnie, a raczej na moje gardło.
W weekend miałam się doedukowywać i brać udział w wielkim wydarzeniu kulturalnym w naszej pipidówce, jakim był pokaz filmu mojego szwagra - wiele planów i doopa! Nigdzie nie poszłam, nigdzie nie pojechałam - zaległam w domu i szczekałam niczym pies podwórkowy.
I tak sobie choruję do dziś i gdyby nie uczucie rozbicia, mogłoby być całkiem sympatycznie.
Czasami fajnie jest pochorować, ale tylko wtedy gdy można połączyć to z czytaniem. Jeśli zaś człowiek niczym niedźwiedź zagrzebuje się w ściółkę i przesypia większość dnia, to chyba niekoniecznie jest super.
Ponieważ niedyspozycja rzuciła mi się także na mózg, nie jestem dziś w stanie wykrzesać dziś z siebie więcej, niż to, co nabazgrałam powyżej.
sobota, 13 października 2012
Komedia pomyłek
Środa - dziwaczny, pokręcony dzień, ale szczerze przyznam, że takie lubię najbardziej, bo cokolwiek można byłoby o nich rzec, to na pewno nie to, że są nudne, a powodów do śmiechu dostarczają sto albo i więcej. :)
Zaczęło się już we wtorek, kiedy Starsza po przyjściu ze szkoły, swoim zwyczajem najpierw "odparowała" (czyt. przebrała się, pobawiła, zjadła obiad itp.), a potem zadała mi sakramentalne pytanie wróżące zawsze coś poważnego: "Mamusiu, a powiedzieć ci coś?"
No jak nie, jak tak - oczywiście, że powiedzieć! Zachęciłam więc dziecko, okrasiłam twarz wyrazem najwyższego zainteresowania, a potem współczucia i popłynęła opowieść...
Okazało się, że chłopiec siedzący przed nią, skądinąd podobno sympatyczny, lecz chyba trochę nadpobudliwy, już nie pierwszy raz bez pozwolenia grzebał w jej rzeczach - konkretnie w piórniku. Tym razem wyjął sobie z niego zakładkę do książki i bawiąc się, złamał ją. Dla wyjaśnienia dodam, że zakładka była magnetyczna z PCV i kosztowała 16 zł. Nie są to jakieś duże pieniądze, ale jak na zakładkę do książki niemałe - informacja o cenie objaśni nasze późniejsze posunięcia.
Cholera mnie wzięła - nie tyle na to, że popsuł zakładkę, bo to każdemu czasem może się zdarzyć, lecz na to, że siedmioletni, wydawać by się mogło, mądry już chłopiec, grzebie bez pytania w czyichś rzeczach! Jakby tego było mało, zakładka była nowa i z wymarzonym kotkiem i taką wielką frajdę sprawiała - szkoda tylko, że przez niecały tydzień, bo potem gnojek ją połamał.
Jak tak można? - Tym bardziej, że pani już pierwszego dnia mówiła o nietykalności każdego dziecka i jego rzeczy - wychowawczyni tak uczy dzieciaki i to jest super.
Ponieważ jestem choleryczką i to w dodatku z mocno rozwiniętym poczuciem niezależności, krew zalała mnie podwójnie i chwyciłam za telefon, żeby pogadać z mamunią gagatka. Wkurzyło mnie to oczywiście głównie z powodu tego, że dotyczyło mojego dziecka, ale poza tym ja nie znoszę gdy ktoś "gwałci" czyjąkolwiek prywatność i zawsze wszystko mi się w środku gotuje, gdy coś podobnego ma miejsce - nawet w przypadku takiego smarkacza. Moja córka jest naprawdę bardzo koleżeńska i oddałaby ostatnią koszulę - chętnie pożyczyłaby mu zakładkę czy cokolwiek innego, gdyby o to poprosił.
Już miałam dzwonić do jego rodziców, lecz jednak rezygnowałam, ponieważ zdaję sobie sprawę z wcześniej wymienionych moich dwóch "przymiotów", postanowiłam więc nie działać na emocjach i odczekać do następnego dnia.
O dziwo jednak, mój mąż, który zawsze mnie studzi, zareagował podobnie do mnie. Odnalazł podobną zakładkę na Allegro, wydrukował link i postanowił w środę załatwić sprawę osobiście. Mamusia gagatka jest pedagogiem szkolnym. Ważne jest to, że w jednym kompleksie jest u nas podstawówka i gimnazjum - mówiąc mężowi gdzie pracuje owa rodzicielka, nie wiedziałam, że w gimnazjum - szkoła to szkoła, nie? :)
No i tu się zaczyna pierwsza przygoda:
Pan Małż najpierw porozmawiał sobie z małym - łagodnie, acz stanowczo, że nie chce więcej słyszeć o tym, że on komukolwiek w klasie plądruje w rzeczach i bierze sobie coś bez pytania. Mały trochę się wystraszył obcego pana, który go ustawił - z przedszkola już wiemy, że takie rozmowy "prostują" krnąbrnych kolesi na wiele miesięcy - wystarczy poważna mina i obcy tata a nie "swój", by dzieciak czuł respekt i pilnował się - w tym wieku jeszcze to działa, bo za parę lat można oberwać w pysk od takiego ananasa.
Po rozmowie z chłopcem, trzeba było jeszcze załatwić kwestię konsekwencji popełnionego "przestępstwa" i w tym celu, tatuś poszkodowanej dziewczynki postanowił odnaleźć w szkole mamunię chłopca.
Odnalazł gabinet pani pedagog, władował się i powiedział pani, że ma mały problem, ponieważ jej syn zrobił to i to - opis czynu. Pani patrzyła na niego zdziwiona, a w końcu zapytała "która klasa?" "Pierwsza" odpowiedział mój rezolutny małżonek. Pani mu na to, że jej dzieci są znacznie starsze i musiał się pomylić.
Okazało się, że "nasza" mamusia pracuje w gimnazjum - w innym skrzydle budynku. Wyszło więc na to, że pan monsz nagadał się po próżnicy i chciał nie chciał będzie musiał powtórzyć tyradę na innej audiencji... Cóż - życie to nie-je-bajka, to je-bitwa więc poszedł się "bić" już do właściwego gabinetu.
Gdy wyłuszczył o co chodzi, zachwycona synkiem mamusia powiedziała, że" to dobrze, bo on taki ciekawski po mamusi". Na A. chyba w założeniu jej urok osobisty miał zadziałać piorunująco - i owszem zadziałał - jak płachta na byka, bo jak ma dzieciak być poukładany, jak matka takie występki kwituje rozanielonym uśmiechem...? Wycedził więc przez zęby, że nie on ma inne zdanie na temat prawidłowego zachowania i tego czy za takie można poczytywać plądrowanie cudzych rzeczy oraz, że niestety przy takim podejściu trzeba czasami ponosić konsekwencje. Tu dał pani wybór: link do Allegro żeby sama kupiła zakładkę lub 16 zł. Pani ze zważoną miną wyciągnęła portfel i zapłaciła za wybryk swego zachwycającego dziecka.
A. zaznaczył jej, że nie musi przepraszać, bo dzieci są dziećmi i że w całej tej przygodzie nie chodzi o samo uszkodzenie rzeczy, lecz o to, by dziecko nauczyło się co można, a czego nie.
Miejmy nadzieję, że mały neandertalczyk zrozumie, ale najpierw zrozumieć musi mamunia - gdy minie jej zachwyt, to być może nastąpi zmiana w jego zachowaniu... być może...
Swoją drogą, to już kolejna moja z nią styczność i kolejny raz znak zapytania staje się coraz większy zamykając zdanie:
Jak rozchwiana emocjonalnie osoba może być pedagogiem szkolnym którego głównym zadaniem jest pomoc dzieciom w ich problemach - między innymi tym rozchwianym emocjonalnie?
Za każdym razem gdy wyobrażę sobie scenkę, jak A. opowiada tej pierwszej pani pedagog o "okropnym" zachowaniu jej syna, to widzę jej wielkie i coraz większe oczy i tę tęskniącą za rozumem minę gdy próbuje rozumieć o czym ten facet do niej rozmawia... Śmiech mnie wtedy dopada i rżę sama do siebie. :)
Teraz ja:
o mnie będzie krótko, ale być musi, jako, że i moja osoba miała w zabawnych środowych wypadkach swój udział.
Rano, po dwóch dniach siedzenia z zakatarzoną Młodszą w domu, postanowiłam pójść do pracy, a wcześniej małą wypożyczyć babci na kilka godzin. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Dziecko potruchtało szczęśliwe na bajeczki, książeczki i inne takie, które u babci "smakują" inaczej niż w domciu, a mamusia szczęśliwa jak pies spuszczony z łańcucha pognała co koń (pod maską) wyskoczy, do pracy.
Po odbębnieniu kilku godzin, niczym kuń mojego dziadka, który bez względu na to czy dziadek kontrolował sytuację, czy nie, zawsze dowiózł go do domu znaną sobie trasą, pojechałam w znaną sobie trasę: praca - szkoła (odebrać Starszą) - przedszkole (odebrać Młodszą) - dom.
Po tym jak zapakowałam do auta Duże Dziecko, pognałam po Małe Dziecko. Zaparkowałam przed przedszkolem, zadzwoniłam domofonem z szatni, żeby panie sprowadziły Małą i czekałam czytając ogłoszenia i jadłospis na tablicy - zastanawiałam się przy tym czy Mała jadła kluski śląskie, których nie lubi...
Zeszła pani - SAMA... Dopiero w tej sekundzie gdy ją zobaczyłam, przypomniałam sobie, ŻE MOJE MŁODSZE DZIECKO JEST U BABCI - SAMA JE TAM ZAPROWADZIŁAM!!! Więc co ja do cholery robię w tym przedszkolu???!!!
Zaczęłam śmiać się jak wariatka, a pani ze mną, natomiast rodzice będący w szatni chyba ze mnie. :)
Wesoło się zrobiło. Pani powiedziała, że zeszła, żeby się upewnić czy ja to ja, bo myślała, że to mama innej dziewczynki, ale głos jej nie pasował, natomiast do mojego głosu nie pasowało jej to, że przecież mojego dziecka dziś nie ma w przedszkolu, więc czy to naprawdę możliwe, że po nie przyszłam?...
Otóż możliwe, możliwe - to dla mnie nie pierwszyzna - kiedyś już mi się zdarzyło zapomnieć odebrać z przedszkola Starszą i dopiero przed blokiem uświadomiłam sobie, że mam na stanie w aucie za mało dzieci - zawróciłam więc z piskiem opon i pojechałam po "braki" - na szczęście jeszcze godzina była normalna, więc nie naraziłam dziecka na sytuację, że siedzi sama w przedszkolu, a pani chodzi od okna do drzwi... :)
Późno już, więc myślę, że na dziś wystarczy tej paplaniny... Odezwę się jeszcze... :)
Zaczęło się już we wtorek, kiedy Starsza po przyjściu ze szkoły, swoim zwyczajem najpierw "odparowała" (czyt. przebrała się, pobawiła, zjadła obiad itp.), a potem zadała mi sakramentalne pytanie wróżące zawsze coś poważnego: "Mamusiu, a powiedzieć ci coś?"
No jak nie, jak tak - oczywiście, że powiedzieć! Zachęciłam więc dziecko, okrasiłam twarz wyrazem najwyższego zainteresowania, a potem współczucia i popłynęła opowieść...
Okazało się, że chłopiec siedzący przed nią, skądinąd podobno sympatyczny, lecz chyba trochę nadpobudliwy, już nie pierwszy raz bez pozwolenia grzebał w jej rzeczach - konkretnie w piórniku. Tym razem wyjął sobie z niego zakładkę do książki i bawiąc się, złamał ją. Dla wyjaśnienia dodam, że zakładka była magnetyczna z PCV i kosztowała 16 zł. Nie są to jakieś duże pieniądze, ale jak na zakładkę do książki niemałe - informacja o cenie objaśni nasze późniejsze posunięcia.
Cholera mnie wzięła - nie tyle na to, że popsuł zakładkę, bo to każdemu czasem może się zdarzyć, lecz na to, że siedmioletni, wydawać by się mogło, mądry już chłopiec, grzebie bez pytania w czyichś rzeczach! Jakby tego było mało, zakładka była nowa i z wymarzonym kotkiem i taką wielką frajdę sprawiała - szkoda tylko, że przez niecały tydzień, bo potem gnojek ją połamał.
Jak tak można? - Tym bardziej, że pani już pierwszego dnia mówiła o nietykalności każdego dziecka i jego rzeczy - wychowawczyni tak uczy dzieciaki i to jest super.
Ponieważ jestem choleryczką i to w dodatku z mocno rozwiniętym poczuciem niezależności, krew zalała mnie podwójnie i chwyciłam za telefon, żeby pogadać z mamunią gagatka. Wkurzyło mnie to oczywiście głównie z powodu tego, że dotyczyło mojego dziecka, ale poza tym ja nie znoszę gdy ktoś "gwałci" czyjąkolwiek prywatność i zawsze wszystko mi się w środku gotuje, gdy coś podobnego ma miejsce - nawet w przypadku takiego smarkacza. Moja córka jest naprawdę bardzo koleżeńska i oddałaby ostatnią koszulę - chętnie pożyczyłaby mu zakładkę czy cokolwiek innego, gdyby o to poprosił.
Już miałam dzwonić do jego rodziców, lecz jednak rezygnowałam, ponieważ zdaję sobie sprawę z wcześniej wymienionych moich dwóch "przymiotów", postanowiłam więc nie działać na emocjach i odczekać do następnego dnia.
O dziwo jednak, mój mąż, który zawsze mnie studzi, zareagował podobnie do mnie. Odnalazł podobną zakładkę na Allegro, wydrukował link i postanowił w środę załatwić sprawę osobiście. Mamusia gagatka jest pedagogiem szkolnym. Ważne jest to, że w jednym kompleksie jest u nas podstawówka i gimnazjum - mówiąc mężowi gdzie pracuje owa rodzicielka, nie wiedziałam, że w gimnazjum - szkoła to szkoła, nie? :)
No i tu się zaczyna pierwsza przygoda:
Pan Małż najpierw porozmawiał sobie z małym - łagodnie, acz stanowczo, że nie chce więcej słyszeć o tym, że on komukolwiek w klasie plądruje w rzeczach i bierze sobie coś bez pytania. Mały trochę się wystraszył obcego pana, który go ustawił - z przedszkola już wiemy, że takie rozmowy "prostują" krnąbrnych kolesi na wiele miesięcy - wystarczy poważna mina i obcy tata a nie "swój", by dzieciak czuł respekt i pilnował się - w tym wieku jeszcze to działa, bo za parę lat można oberwać w pysk od takiego ananasa.
Po rozmowie z chłopcem, trzeba było jeszcze załatwić kwestię konsekwencji popełnionego "przestępstwa" i w tym celu, tatuś poszkodowanej dziewczynki postanowił odnaleźć w szkole mamunię chłopca.
Odnalazł gabinet pani pedagog, władował się i powiedział pani, że ma mały problem, ponieważ jej syn zrobił to i to - opis czynu. Pani patrzyła na niego zdziwiona, a w końcu zapytała "która klasa?" "Pierwsza" odpowiedział mój rezolutny małżonek. Pani mu na to, że jej dzieci są znacznie starsze i musiał się pomylić.
Okazało się, że "nasza" mamusia pracuje w gimnazjum - w innym skrzydle budynku. Wyszło więc na to, że pan monsz nagadał się po próżnicy i chciał nie chciał będzie musiał powtórzyć tyradę na innej audiencji... Cóż - życie to nie-je-bajka, to je-bitwa więc poszedł się "bić" już do właściwego gabinetu.
Gdy wyłuszczył o co chodzi, zachwycona synkiem mamusia powiedziała, że" to dobrze, bo on taki ciekawski po mamusi". Na A. chyba w założeniu jej urok osobisty miał zadziałać piorunująco - i owszem zadziałał - jak płachta na byka, bo jak ma dzieciak być poukładany, jak matka takie występki kwituje rozanielonym uśmiechem...? Wycedził więc przez zęby, że nie on ma inne zdanie na temat prawidłowego zachowania i tego czy za takie można poczytywać plądrowanie cudzych rzeczy oraz, że niestety przy takim podejściu trzeba czasami ponosić konsekwencje. Tu dał pani wybór: link do Allegro żeby sama kupiła zakładkę lub 16 zł. Pani ze zważoną miną wyciągnęła portfel i zapłaciła za wybryk swego zachwycającego dziecka.
A. zaznaczył jej, że nie musi przepraszać, bo dzieci są dziećmi i że w całej tej przygodzie nie chodzi o samo uszkodzenie rzeczy, lecz o to, by dziecko nauczyło się co można, a czego nie.
Miejmy nadzieję, że mały neandertalczyk zrozumie, ale najpierw zrozumieć musi mamunia - gdy minie jej zachwyt, to być może nastąpi zmiana w jego zachowaniu... być może...
Swoją drogą, to już kolejna moja z nią styczność i kolejny raz znak zapytania staje się coraz większy zamykając zdanie:
Jak rozchwiana emocjonalnie osoba może być pedagogiem szkolnym którego głównym zadaniem jest pomoc dzieciom w ich problemach - między innymi tym rozchwianym emocjonalnie?
Za każdym razem gdy wyobrażę sobie scenkę, jak A. opowiada tej pierwszej pani pedagog o "okropnym" zachowaniu jej syna, to widzę jej wielkie i coraz większe oczy i tę tęskniącą za rozumem minę gdy próbuje rozumieć o czym ten facet do niej rozmawia... Śmiech mnie wtedy dopada i rżę sama do siebie. :)
Teraz ja:
o mnie będzie krótko, ale być musi, jako, że i moja osoba miała w zabawnych środowych wypadkach swój udział.
Rano, po dwóch dniach siedzenia z zakatarzoną Młodszą w domu, postanowiłam pójść do pracy, a wcześniej małą wypożyczyć babci na kilka godzin. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Dziecko potruchtało szczęśliwe na bajeczki, książeczki i inne takie, które u babci "smakują" inaczej niż w domciu, a mamusia szczęśliwa jak pies spuszczony z łańcucha pognała co koń (pod maską) wyskoczy, do pracy.
Po odbębnieniu kilku godzin, niczym kuń mojego dziadka, który bez względu na to czy dziadek kontrolował sytuację, czy nie, zawsze dowiózł go do domu znaną sobie trasą, pojechałam w znaną sobie trasę: praca - szkoła (odebrać Starszą) - przedszkole (odebrać Młodszą) - dom.
Po tym jak zapakowałam do auta Duże Dziecko, pognałam po Małe Dziecko. Zaparkowałam przed przedszkolem, zadzwoniłam domofonem z szatni, żeby panie sprowadziły Małą i czekałam czytając ogłoszenia i jadłospis na tablicy - zastanawiałam się przy tym czy Mała jadła kluski śląskie, których nie lubi...
Zeszła pani - SAMA... Dopiero w tej sekundzie gdy ją zobaczyłam, przypomniałam sobie, ŻE MOJE MŁODSZE DZIECKO JEST U BABCI - SAMA JE TAM ZAPROWADZIŁAM!!! Więc co ja do cholery robię w tym przedszkolu???!!!
Zaczęłam śmiać się jak wariatka, a pani ze mną, natomiast rodzice będący w szatni chyba ze mnie. :)
Wesoło się zrobiło. Pani powiedziała, że zeszła, żeby się upewnić czy ja to ja, bo myślała, że to mama innej dziewczynki, ale głos jej nie pasował, natomiast do mojego głosu nie pasowało jej to, że przecież mojego dziecka dziś nie ma w przedszkolu, więc czy to naprawdę możliwe, że po nie przyszłam?...
Otóż możliwe, możliwe - to dla mnie nie pierwszyzna - kiedyś już mi się zdarzyło zapomnieć odebrać z przedszkola Starszą i dopiero przed blokiem uświadomiłam sobie, że mam na stanie w aucie za mało dzieci - zawróciłam więc z piskiem opon i pojechałam po "braki" - na szczęście jeszcze godzina była normalna, więc nie naraziłam dziecka na sytuację, że siedzi sama w przedszkolu, a pani chodzi od okna do drzwi... :)
Późno już, więc myślę, że na dziś wystarczy tej paplaniny... Odezwę się jeszcze... :)
piątek, 5 października 2012
Ach, ta woń...
Od poniedziałku się zaczęło: po przyjeździe do naszego
nowego biura, które na kilka tygodni przenieśliśmy do nowego domu poczułam
nieprzyjemną woń – zalatywało jakąś zgnilizną, może padliną… Pooglądałam
podeszwy swoich butów myśląc, że wdepnęłam w psią niespodziankę, a nie
wykrywszy na sobie źródła owego zapaszku, przestałam sobie zaprzątać tym głowę.
(Na wszelki wypadek jeszcze kilka razy w ciągu dnia dyskretnie zaglądałam pod
buty… J)
Po pracy, pojechałam po dziecko do przedszkola i po wyjściu
z auta ze zdziwieniem odkryłam, że koło przedszkola tez to czuć… ki diabeł…?
Mąż zauważył, że smród czuć w różnych miejscach w mieście.
Następnego dnia było to samo. Zaczęliśmy już podejrzewać, że albo ktoś założył
w okolicy ubojnię, albo nielegalnie pozbył się jakichś odpadów. We wtorek
rąbało jeszcze gorzej, ale wsadzając dziecko do auta zauważyłam, że świat
bardziej śmierdzi z prawej strony samochodu. J
Przyszło mi do głowy, że może jednak nie
śmierdzi w całym mieście, tylko może my smród wozimy ze sobą…? Jak ogon za kometą, tak fetor podążał a nami
po całym mieście! Doszliśmy z A. do wniosku, że na bank jakaś mysz wlazła pod
nadkole i tam dokonała żywota rozsiewając przy tym nieziemski aromat, żeby
potomni o niej zbyt szybko nie zapomnieli.
W czwartek teść zaprowadził nasze auto do warsztatu swojego
kolegi. Wrócił niewyraźny – blady jakiś i dziwnie uśmiechnięty… Ten dziwny uśmiech to było niedowierzanie –
jak mu się wymalowało na twarzy w warsztacie, to zostało mu jeszcze na ponad
godzinę, a to dlatego, że po podniesieniu auta, okazało się, że pod maską
woziliśmy KOTA!!! Wlazł pacan pod
obudowę silnika – zimne wieczory, a tu ciepło biło od świeżo zaparkowanego
auta, to się chciał ogrzać… Nie chcę się
wdawać w szczegóły dotyczące nowych form życia, które pojawiły się pod maską w
pakiecie z tym kotem, ale Bóg mi świadkiem, że już dwa dni nie mogę jeść, bo mi się wszystko w trąbkę zwija – jeszcze tydzień
tego obrzydzenia i będę miała luz w ciuchach… - jedyna jaśniejsza strona tej TFU!-przygody.
Subskrybuj:
Posty (Atom)