niedziela, 17 lutego 2013

Zemsta...?

Dziś mieliśmy jechać z A. do kina - pisałam o tym we wczorajszym poście. Niestety, nie przewidzieliśmy jednego drobnego szczegółu - teściowie też zaplanowali sobie rozrywkowy weekend. Przegraliśmy w przedbiegach, bo to my byliśmy w potrzebie, a nie oni. :) Nie pozostało nam nic innego jak usiąść na tyłkach zamiast wzruszać się na "Nieulotnych". :)

Kto siedział, to siedział... Dziś moja kochana rodzinka przegięła pałę albo jak kto woli: gumka napięła się i pękła - dostały w nos 3 osoby:
Mąż, który nie był zbyt zadowolony, że zaburzyłam mu jego precyzyjny sobotni plan próbując go ze słodkim uśmiechem wykopać z dziećmi na spacer i owe dzieci, które potrzebują czasem dziesięciokrotnego (no, może o 6 się pomyliłam :D) powtórzenia, by spełnić prośbę, którą artykułuje matka. Krócej rzecz ujmując wkurwili mnie!  "Póójdę, ale mogłaś powiedzieć mi o tym wcześniej, nie lubię gdy w taki sposób organizujesz mi czas" - kurde, nie kazałam iść natychmiast! Kiedy miałam uprzedzać - nad ranem???

Mąż był ciężko zdziwiony, że to jednak nie on pójdzie na rzeczony spacer, bo mam w nosie jego łaskę. Zrobił wielkie oczy, gdy zobaczył mnie ubraną do wyjścia : "To ja nie idę? Mogłaś mi o tym powiedzieć wcześniej..." - Kurrrwa, zaciął się czy co???! Może to wpływ pogody, bo nigdy wcześniej tak nie miał, a może to mnie się dziś postrzeganie mieniło??? Może mam jak koleżanka mojej mamy, która po 20 latach małżeństwa z zaskoczeniem stwierdziła, że jej mąż to nie wysoki niebieskooki brunet, lecz rudy łysawy gość 150 cm w kapeluszu i w dodatku pękaty. :) :) :)
Potem pan mąż skakał na dwóch łapkach i zalotnie zaglądał mi w oczy, ale, mimo, że nienawidzę się gniewać i tak naprawdę nie umiem, to jednak spływały po mnie jego umizgi - nadal trzymała mnie złość za tę "organizację czasu".

Panienki też głupio się uśmiechały patrząc mi w oczy i tarzając się w majtkach i koszulkach podczas gdy ja stałam w pełnym umundurowaniu przy drzwiach. No i przesadzili! Wyszłam sobie sama. Rzuciłam tylko, że jeszcze nie wiem gdzie idę i kiedy wrócę.
Wsiadłam do auta i pojechałam sobie do stolicy naszego pięknego województwa. Jechałam i improwizowałam. Przyjaciółka, którą chciałam wyciągnąć na ploty akurat dziś miała rodzinny spęd. Do drugiej, do lokalu iść nie bardzo mogłam, bo pod kurtką miałam strój pod tytułem "wyszłam tak jak stałam", więc był to "przydomowy" sweterek, który niekoniecznie nadawał się do spędzania czasu w fajnym lokalu... W ostateczności postanowiłam, że wpadnę do galerii po jakąś bluzkę i polecę do Ewki, ale okazało się, że plany szybko ewoluowały - stwierdziłam, że sama zaliczę sobie "Nieulotne". Już stałam w kolejce po bilet, już byłam czwarta, gdy stwierdziłam, że inaczej poprawię sobie humor. 
Nic specjalnego - żadne wielkie fajerwerki, jednak chyba większość kobiet od czasu do czasu je lubi - ZAKUPY. Tak, tylko zakupy i aż zakupy! Nie byłam na nich od świąt, bo przecież, idiotka, zawsze stawiam na pierwszym miejscu potrzeby wszystkich wokół, tylko nie swoje. 
W akcie zemsty kupiłam 4 torby ciuchów! Dla siebie 3 i 1 dla tych małych wrednych dziewuszek, które utrzymują, że są moje. :) 
Potem przyszła kolej na skorupy do domu - kremowe zaczątki nowej zastawy ostatecznie mnie "dosłodziły" i poczułam się na tyle silna, by wracać do gniazda.

Chyba sobie towarzystwo zrobiło zbiorowy rachunek sumienia, bo gdy przyszłam, dzieci rzuciły się z przeprosinami.  Pan mąż minę miał nietęgą i siedział ze wzrokiem wlepionym w monitor. Chyba nawet wiem dlaczego: swoim wyjściem tak skutecznie zorganizowałam mu czas, że aż zamknęli siłownię, na którą miał zamiar pójść. :) (uprzedził mnie o tym dostatecznie wcześnie, bo rano) :) :) 
NO I BARRRDZO DOBRZE!!! :D :D :D 

piątek, 15 lutego 2013

Poferyjnie, poferiowo czyli po prostu po feriach :)

Te, o których mowa w nagłówku, skończyły się już dwa tygodnie temu, a ja nie mogę nacieszyć się wolnością. Nie, nie jestem wyrodną matką, jednakże moje urocze pociechy zaczęły chorować na dwa dni przed feriami i tak ciągnęły przez półtora tygodnia. Zamiast radosnych zabaw na śniegu miały obowiązkowe kiszenie w domu, bo gorączkowały uparcie - w przeciwnym razie ciągałabym je po świeżym powietrzu, jak zwykle.
Choróbsko trwało długo, ale, alleluja!, skończyło się bez antybiotyku! To u moich dzieci rzadkość. Polecam "Olejek pichtowy" - wali toto z dzioba przez kilka godzin po zażyciu. Starsza  żaliła się "Mamuniu, czuję się jakbym zjadła naszą choinkę". :)
Niech sobie capi - wystarczy, że leczy!

Wracając do tematu wolności czy też jej braku, wiadomo jak się czuje matka, siedząca w domu z przeziębionymi dziećmi - jak pies przywiązany do kaloryfera - ba, jak kura, powiedziałabym, bo przecież jeszcze trzeba o serwis zadbać" przynieś, wynieś, pozamiataj. 
W momencie, gdy moje bździągwy wróciły na swoje "uczelnie", mogłam wreszcie wyluzować!
Mogę wyjść kiedy chcę, i gdzie chcę, mogę bardzo głośno słuchać muzyki (czego nie znosi Mała), mogę nawet skorzystać z toalety bez cichutkiego skomlenia pod drzwiami "mogę wejść tylko na momencik, bo mam ważną sprawę?" :) Moje koleżanki wiedzą, że mają koleżankę, moje auto wie, że ma swoją panią, a ja wiem, że dzięki tym kilku godzinom dziennie - żyję i jestem!  Mogę pomyśleć o dorosłych sprawach, a nie tylko o malowaniu, rysowaniu, klejeniu itd, itp. :) 

Czuję się o tak:

Zdjęcie

mniej więcej, bo ogólnie nie jestem przykuta do chałupy, ale czasami się zdarza...


Wczoraj były Walentynki - nie jestem zagorzałą ich wyznawczynią, bo nie lubię tandety, ale każda okazja do tego by komuś sprawić frajdę, jest fajna i warto ją wykorzystać. My z A. swoje dorosłe świętowanie przenieśliśmy na sobotę, ale dziewczyny udało mi się nakręcić na maksa. W wieczór poprzedzający Dzień Zakochanych zrobiłyśmy wspólnie kruche maślane ciasteczka w kształcie serduszek i dziewczyny nie mogły się doczekać następnego dnia. Rankiem z torbami wypchanymi po brzegi słodkimi Walentynkami i serduszkami z papieru dla koleżanek, panienki poszły do placówek edukacyjnych. Po odprowadzeniu dzieci mąż jeszcze pobuszował w szatniach i powkładał im do butów wielkie papierowe serca zrobione przeze mnie poprzedniego wieczoru - laski potem skręcały się z ciekawości kto im to podarował - Duża przeprowadzała śledztwo w szkole jeszcze dziś. :) 

Ponieważ 14. to był dzień powszedni, nie planowałam żadnej wielkiej celebracji - wyrośliśmy z tego - miała być jakaś fajna lekka kolacja ze specjalnym deserem dla tych co mogą wcinać słodkie lody z górą owoców, a tu ok. 17.00 dzwonek do drzwi - bez zapowiedzi na Walentynki przyszła teściowa. :D Przyniosła dla wszystkich lizaki w kształcie czerwonych serc i butelkę wina. Zadzwoniła po teścia, bo czemu on ma nie mieć tak fajnie jak my i już! :)
Bilans wizyty: kolacja przepadła, bo nie zdążyłam jej przygotować, biały dywan zalany czerwonym winem (po raz kolejny składam hołd Vanishowi za uratowanie życia), kanapa poplamiona lepkim czerwonym "sokiem" z lizaka, dzieci w łóżkach z poślizgiem. Na szczęście wszystkie "straty" równoważy, a wręcz nawet przeważa, fajna atmosfera - było miło i śmiesznie. ...plamy spierze pani Mariolka gdy przyjedzie prać dywany i kanapy. :)

Na dziś wystarczy, żebym się nie skundliła. :)






środa, 23 stycznia 2013

Pierwszy wpis w nowym roku

Późno, późno, ale lepiej późno niż później.  Stwierdziłam, że dłużej zwlekać nie wypada, bo to już zakrawa na buractwo, żeby ostatnią notką była ta z życzeniami świątecznymi.
Nie chciało mi się ostatnio pisać, bo na prawie miesiąc przed świętami miałam jazdę z załamaniem nerwowym znajomego i jak to zwykle z moim szczęściem bywa, zostałam wciągnięta w sam środek niezłego zamieszania - prawdziwej tragikomedii, która w zasadzie trwa do dziś, lecz na szczęście z mniejszym już, niż na początku natężeniem.
Gdyby ktoś tylko spisał to, co się działo i nakręcił na tej podstawie film (tylko na faktach, bez żadnych "tuningów"), Oscara chyba miałby zaklepanego - serio!

Święta były bardzo fajne, Sylwester w tym roku kameralny, lecz bardzo sympatyczny i to by było na tyle z przyjemnych rzeczy.

Tuż po Nowym Roku jak grom spadła na mnie wiadomość, o śmierci żony mojego kolegi.
Tym straszniejsze to wszystko, że dziewczyna była bardzo młoda i zaledwie pół roku wcześniej wyszła za mąż. Mieli pewnie mnóstwo planów, byli na starcie wspólnego życia i naturalne jest to, że powinni "żyć długo i szczęśliwie", a tymczasem...
Nie mogę więcej na ten temat napisać, bo jeszcze mnie to trzyma - sama  nie wiem dlaczego aż TAK -  nawet nie znałam tej dziewczyny. Znam tylko jej męża i bardzo go lubię. Może właśnie ta sympatia i to, że wiem jaki jest skryty i jak pewnie dusi wszystko w sobie, powoduje, że ta śmierć nadal mną wstrząsa; zwłaszcza, że w tym wieku nie powinno się umierać! 
Zawsze buntuję się w takich sytuacjach i zamiast szukać ukojenia, to kłócę się z Bogiem! Potem mi przechodzi, ale najpierw jesteśmy na wojnie...

Życie... czasem piękne, czasem brutalne... Cudownie jednak, gdy jest... Szkoda, że takie przypadki o wiele wyraźniej ustawiają nam priorytety  niż codzienne, duże i małe szczęścia. 



niedziela, 16 grudnia 2012

Życzenia



Wszystkim moich przyjaciołom i wiernym, cierpliwym blogowym kibicom pragnę złożyć serdeczne życzenia. Niech Wasze święta będą magiczne, cudowne i spokojne, a najlepiej takie sielskie jak na powyższym obrazku. :)

 Życzę Wam spełnienia marzeń, radości i uśmiechu - nie tylko od święta, ale każdego dnia w nadchodzącym roku. 

Przedświątecznie i nie tylko


Idą święta wielkimi krokami. Jak co roku walnęłam się w obliczeniach i jak zwykle zabrakło mi tygodnia - nie wiem jak to jest, ale każdego roku scenariusz jest podobny - początek grudnia ciągnie się dla mnie aż do połowy miesiąca, a potem, cholera, nie wiadomo skąd nadchodzą święta, AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Czasami zastanawiam się czy to nie jest jakaś skaza na umyśle :), no bo (to przypadek sprzed paru dni) jak tu wytłumaczyć fakt, że człowiek mający komputer za swoje jedyne narzędzie pracy, zapomina go do tej pracy wziąć? A jak wytłumaczyć fakt drugi, że ten sam człowiek zorientowawszy się, że komputera nie zabrał postanawia udać się po niego do domu, po czym do tego domu wchodzi, myje ręce w łazience i wychodzi na klatkę schodową BEZ KOMPUTERA? Ten człowiek to ja, a ten komputer, to mój komputer! 
W dalszej części opowieści, na człowieka wkładającego klucz do zamka spływa jednak odrobina zdrowego rozsądku lub też jak kto woli, rozstępują się tumany mgły zapomnienia i w efekcie człowiek wraca do domu po sprzęt! Alleluja! Gdyby się bowiem zdarzyło, że człowiek po umyciu rąk wielce zadowolony z wypełnienia misji zjawił się w pracy ponownie bez kompa, naraziłby siebie lub otoczenie na niemiłe konsekwencje, mianowicie: albo naraziłby się na zawał ze złości na siebie, albo na wielotygodniowy śmiech męża i szukanie blond odrostów na swojej głowie przez męża owego, albo też mogłoby to grozić zawałem męża po tym, jak natchnęłaby go myśl, że oto kilka lat temu poślubił wariatkę (Bóg jeden wie i sam mąż czy już taka myśl mu nie zaświtała, a jeśli - to ile razy… :D)
Czasem sądzę, że to ani chybi to wina pogody albo migreny, która gdy tylko ją mam, zmienia fazę z kurewskiej na pioruńską po dwóch silnych prochach. Wychodzi więc na to, że może należałoby łeb uciąć, to pomyłek w życiu mniej by się zdarzało, tylko czy otoczenie byłoby takie szczęśliwe jak teraz, gdy systematycznie przysparzam mu powodów radości…? Tego się pewnie nie dowiem, ale wolę tkwić w przeświadczeniu, że zdecydowanie NIE. 

Wracając jednak od tematu świąt, w czwartek gdy po przebudzeniu zobaczyłam piękne słońce za oknem i okropny brud na tychże oknach, trafił mnie szlag i jednocześnie spłynęła na mnie wena (czy są możliwe te dwa stany jednocześnie? :)), żeby te okna umyć. Ponieważ ta ona jedna wena, nie pojawia się zbyt często, postanowiłam skrzętnie wykorzystać jej obecność i nie zwracając uwagi na przymrozek, pielęgnować aż do ostatniego okienka. Rzuciłam się więc na szmaty, płyny i inne gałgany. Najpierw postanowiłam umyć okna tylko wewnątrz, ale natchnienie, okazało się głębsze i silniejsze niż sądziłam i  efekt jest taki, że wszystkie "patrzadła" lśnią od zewnątrz i od środka. 
Od poniedziałku niczym czołg zamierzam jechać i tępić bezlitośnie każdy kłaczek kurzu i każdą plamkę, bo mimo, że nigdy nie byłam zboczona na punkcie porządków i ścierki nie determinowały mojej egzystencji, to nie umiem poczuć się "klimatycznie i świątecznie" w niedomytych wnętrzach. Chyba w zemście za to, że wolę czytać i imprezować zamiast jeździć na szmacie, moja natura chociaż kilka razy do roku popycha mnie do szczotek i ścierek. :) 

Plany mam bardzo ambitne, bo jeszcze w tak zwanym międzyczasie (ciekawe swoją drogą co to takiego ten międzyczas? :)) przeobrażając się w Mikołaja, zaopatrzyć swój prezentowy wór po brzegi, uzupełniając braki, żeby nikt pod choinką nie miał warzonej miny.

Kolejna dygresja:
"Międzyczas" przypomniał mi moją wczorajszą rozmowę z młodszą córeczką, która oglądała reklamę Hotelu Wierchomla. Młoda myśląc, że hotel ma właściciela, zapytała mnie "kto to jest ten Wierchoml" :)
A skoro już przy jej perełkach językowych jestem, to opowiem jeszcze kilka sytuacji, tylko z ubiegłego tygodnia:
Mała napisała list do Mikołaja – uśmiałam się po pachy, bo po polsku błąd za błędem  - wielbłądy wręcz, a kurde HIGH po angielsku super napisane! Pełna nazwa lalki, którą zażyczyło sobie moje dziecko brzmiała i tu wierny cytat: Lalka MOŁSTER HIGH.

Parę dni temu Starsza zapytała tatusia co to jest kod pocztowy, na to Młodsza „Ja powiem! Ja powiem!” no i objaśniła siostrze „to taki mały kotek co rrrroznosi listy” – patrząc na to, jaka była z siebie zadowolona – mało się nie podusiliśmy ze śmiechu.
Poza tym dziecko zapytało, czy mamy jakiegoś „kolegę INDIANA, bo moglibyśmy wtedy pojechać do Amerrryki do niego w odwiedziny i zobaczyć czy mieszkają w wigwamach i nadal zabijają Polaków” :)
To nie koniec planów podróżowych, bo już następnego dnia zapytała „czy mielibyśmy ochotę pojechać z nią kiedyś do WARZYNGTONU do tego ciemnego prezydenta, co go niedawno wybrali” – nie wierzyłam własnym uszom! Te jej odstające kapluski czasem pracują podwójnie – nawet wiadomości polityczne wyłapują.
Starsza mądralina natomiast od Mikołaja chciałaby między innymi dostać Lego Friends STADLINA koni. :) Jak to miło i jednocześnie dziwnie, gdy ona przekręci jakiś wyraz, bo przecież non stop tresuje Małą, gdy ta strzeli jakiegoś babola, a to proszę - czasem się zdarzy. :)
Chyba za pomysłowość i za rozumki Mikołaj je wynagrodzi...

Jeszcze wspomnę o imprezie, na której byliśmy w ubiegły weekend.
Wybieraliśmy się do kina, gdy zadzwonił przyjaciel mojego męża i zaprosił nas do siebie, mówiąc, że ma ochotę po prostu się napić wódki. :) Ponieważ zawsze stawiamy relacje z bliskimi ponad inne przygody, zamówiliśmy taksówkę i zamiast w kinie, wylądowaliśmy w domu znajomych.
Spotkanie kameralne, jak rzadko, bo było nas tylko 4 dorosłych. Zabawa była jednak taka, że turlaliśmy się ze śmiechu. Alkoholu było sporo, a i dzień do picia jakiś wręcz genialny, bo ja z moją głową dziecka wręcz, wypiłam tyle drinków, ile jeszcze mi się nie zdarzyło - innego dnia pewnie już leżałabym pod stołem. :)
W połowie imprezy chłopaki, żeby dodać sobie energii, rozebrali się do majtek, założyli czapki i szaliki, po czym boso wybiegli na śnieg i zaczęli robić sobie ścieżkę zdrowia w ogrodzie. Latali tak dookoła domu w samych gaciach, a w domu, przez szybę dopingowały ich nasze cztery córki też oczywiście porozbierane do majtek, bo skoro tatusiowie mogą, to znaczy, że one też. :) Po powrocie sportowców, nastąpił imprezy ciąg dalszy - taka przedświąteczna zaprawa - żeby nie było, że te fragment nie ma żadnego związku ze świętami... :)   

No, chyba taką długą notką trochę się zrehabilitowałam za tę długą przerwę w pisaniu...?
Na dziś wystarczy....
CDN...




środa, 28 listopada 2012

Zbieranina

Dziś będzie wszystkiego po trochu, bo ostatnio gdy mam ochotę popisać, to mam dylemat: o czym? O wszystkim się nie da, bo czas nie pozwala. Myślę, myślę, a potem stwierdzam, że chyba napiszę jutro, gdy mi się pomysły wyklarują. Efekty są takie, jak widać albo raczej jak nie widać, bo postów brak - właścicielka bloga jak osiołek przy pełnym żłobie nie może się zdecydować, aż wreszcie daje sobie na luz... :)


Wodny pech.
Ostatnio, w ciągu miesiąca nawalają nam najprzeróżniejsze rzeczy związane z wodą: drugi raz zapchała się zmywarka i to tak porządnie (dziś drugi raz), 2 tyg. temu popsuły się (jednocześnie!) 2 baterie: w kuchni i w łazience. Okazało się, że trzeba kupić nowe. Dziś zaczął przeciekać syfon pod wanną, dzięki czemu miałam rano w łazience po kąpieli piękną kałużę, a jakiś miesiąc temu w nowym domu pękł nowiutki i podobno wysokiej jakości, wężyk pod wanną i woda zalała nam sufit w salonie - sufitowi oczywiście trzeba zrobić od nowa "kosmetykę".
Śmieję się tylko z tego, bo to niesamowity zbieg okoliczności, że nie nawala kuchenka, piekarnik, lodówka itp, tylko wszystkie urządzenia "wodne". 

Teraz prokreacja: tydzień temu urodziła mi się śliczna bratanica - cudeńko, które chciałoby się schrupać. Już się nie mogę doczekać, kiedy ją poznam w realu. 

Muszę jeszcze wspomnieć, że moja Młodsza oznajmiła mi w zeszłym tygodniu, że miała WIAGNOZĘ. Pani przedszkolanka przeprowadziła testy i dziecko wypadło doskonale - najbardziej jednak rozwaliła mnie nie sama diagnoza, lecz nazwa, jaką nadał jej Mała. :)
Dziś zapytała męża czy imię Andrzej, to ma z BIRZMOWANIA. :D Jak ja uwielbiam te "przekręty" - szkoda, że jest ich coraz mniej, a te nieliczne Starsza pedantka szybko koryguje i uczy siostrę, jak powinna mówić.

Rozrywek ciąg dalszy: Ostatnio mój mąż i jego dwaj przyjaciele zrobili sobie wypad na piwo - wrócili po 2.00 w nocy. Mój małż przysłał mi sms-a, więc się nie martwiłam, ale moje 2 koleżanki naostrzyły pazury i pokazały chłopakom co o tym myślą. W tym tygodniu idziemy na "zemstę", a chłopcy w domciu z dziećmi. :D Już się nie mogę doczekać.

Jest jeszcze jedna kwestia, ale to już chyba na kolejny post: pełnoletnie dzieci mają same decydować czy rodzice mogą mieć wgląd do ich ocen w szkole - hmm... na ten temat kłapnę cosik następnym razem.

Trochę się tego nazbierało - to tylko takie flesze - gdybym chciała opisać wszystko co ważne i w dodatku dokładnie, musiałabym w pracy ogłosić strajk, a tego mąż-szef chyba nie zniósł.

A, jeszcze jedno - mamy nowy pomysł na firmę - muszę to jeszcze rozkminić od strony logistycznej, ale chyba może być fajnie...

TERAZ TO NAPRAWDĘ KONIEC NA DZIŚ!



poniedziałek, 5 listopada 2012

Muzo Natchniuzo, przyjdź... czyli zawiewa pesymizmem...

 Nawet nie pamiętam skąd ta "muza natchniuza"  - pożyczona jeszcze chyba z dzieciństwa, ale nie wiem od kogo...?

Mniejsza o nią, a większa o to, że ostatnio brak mi nastroju do pisania. Pusto we łbie i już. Po części jest to spowodowane tym, że życie nie tyle zwolniło, ile "spowtarzalniało" maksymalnie. Zachrzan jest taki jak zwykle, tyle, ze szablon zrobił się tak nudny, że flaki z olejem to przy tym pikuś. Owszem, dostrzegam nawet w tej powtarzalności sprawy duże, głupie, śmieszne i fantastyczne (ciekawe czy kolejność jest przypadkowa, czy też podyktowana moją nie do końca uświadomioną kondycja psychiczną...? - nie będę się nad tym pochylać, a przynajmniej nie teraz - samo wylezie jak będzie trzeba, a jak nie, to i tak wylezie... :)) 
Fakt pozostaje faktem, że czuję się trochę jak robot zaprogramowany na jeden tryb - nnno, może na dwa tryby - jeden codzienny: przedszkole, szkoła, praca, lekcje i te inne ostatnio znielubione przeze mnie totalnie rzeczy ( z naciskiem na to, że nie "znienawidzone" - być może to kwestia czasu... :)), a drugi odświętny - chorobowy: leki, i full service albo jak kto woli all inclusive - niech to szlag, czyli przynieś,wynieś, pozamiataj lub też padnij-powstań! Tryb drugi od ponad dwóch tygodni funkcjonuje u mnie w przewadze do trybu pierwszego.

Ten wpis nie będzie próbą psychoanalizy i nie ma ambicji, by stać się moim katharsis - gwoli wyjaśnienia: ja też tej ambicji, by się tu oczyszczać, nie mam.
Muszę sobie co nieco poszczekać, żeby całkiem nie zgorzknieć - lepiej wylać trochę żółci, niż się w niej utopić. Nie chcę być marudą, ale takie jesienne smuteczki czasem mnie dopadają. Monotonia i zmęczenie chyba nakręcają te sprężynę, której w sobie nie lubię czuć...
Oj trzeba mi pilnie do SPA albo na najzwyklejsze w świecie ploty z koleżankami - jedno i drugie ostatnio trudno dostępne, bo żal mi zostawiać dziewczynki w środku tygodnia i A., żeby musiał sam ogarniać nasz mały świat na wszystkich jego frontach... Z drugiej jednak strony, kto ma miękkie serce, ten musi mieć twardą d...ę, a ja mam miętkie serce, ale d...pie do twardości trochę brakuje, bo niestety na trening też czasu brak, a jeśli nie brak, to żal, bo zamiast tego do załatwienia jest tyle rzeczy... Na słowa "brak czasu" mój mąż zaraz zareagowałby uwagą, że nie brak mi czasu, tylko przeznaczam go na inne sprawy (myślałby kto cholera, że dobrowolnie tak sobie bimbam i przeznaczam z radością)
Niech to szlag! 
Nie ma lekko, albo jak 3 dni temu powiedziała moja pięcioletnia córka ogrywając w chińczyka starszą siostrę: w Chinach nie ma litości! Ano, nie ma... :)
Z śmiesznych rzeczy, świeżynka z dzisiejszego wieczoru: Młodsza marudziła, że jest zmęczona, bo nie chciało jej się sprzątać zabawek, na co ja zniecierpliwiona powiedziałam: gdybyś wyniosła to auto zamiast leżeć na dywanie i jojczyć, to zyskałabyś dodatkowy czas na grę. Córka mi na to: ja nie jojczę, tylko zgłaszam skargę! :) :) :)
...
A miało być depresyjnie - tak to już jest, że smutki mieszają się z napadami dzikiego śmiechu - "taka lajfa" jak powiedziałaby moja koleżanka z Nju Jorku... :)
Może więc zamiast jojczyć tu w sieci, pójdę zrobić coś przyjemnego...